Ton tekstu może być traktowany jako pewne novum (ale bez przesady). Przecież jeszcze niedawno europejscy publicyści i komentatorzy woleli mówić z nieskrywanym wyrzutem o tym, że Ameryka Europę zaniedbuje, angażując się intensywnie w budowanie partnerstwa z innymi krajami, przede wszystkim w Azji i basenie Pacyfiku. Dziś rozżalenie brakiem zainteresowania ze strony Ameryki ustępuje miejsca, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, potrzebie zaakcentowania odrębności Europy względem dotychczas bliskiego przyjaciela i sojusznika zza Atlantyku. Rozważając tezy postawione przez Jerzego Stępnia warto jednak zachować zimną krew i bliżej przyjrzeć się faktom. Wpadanie w skrypt tak typowy dla dobrze znanej gry psychologicznej: „ja, Europejczyk jestem okay, a ty, Amerykanin nie jesteś okay" wprawdzie od dziesięcioleci świetnie zdaje egzamin przy okazji radzenia sobie przez niektórych z pewnymi rozczarowaniami ludźmi i światem w ogóle, równie często jednak zamazuje obraz rzeczywistości, fiksując jedynie uwagę gracza na przeżywaniu kolejnych frustracji. Dobrze byłoby również uniknąć wpadania w skrypt charakterystyczny dla innej gry psychologicznej: „my, Amerykanie wprawdzie nie jesteśmy okay, ale wy, Europejczycy też nie jesteście okay (czyli wcale nie jesteście lepsi od nas!)". Tym bardziej należałoby uniknąć ulubionej gry amerykańskich jastrzębi, w rodzaju: "my, Amerykanie może i nie jesteśmy okay, ale przynajmniej nie jesteśmy żałosnymi francuskimi żabojadami i po prostu mamy jaja!". Nie chodzi przecież o uprawianie tego rodzaju dziecinady czy żonglowanie stereotypami i uprzedzeniami, prawda? Wbrew szerokim uogólnieniom formułowanym przez Jerzego Stępnia warto jednak czasem przyjrzeć się szczegółom, składającym się na złożone sieci zależności, tkane przez wielorakie powiązania, z jakimi mamy do czynienia w dzisiejszym zglobalizowanym świecie. Może się jednak wówczas okazać, że Europa i Stany Zjednoczone są w niektórych obszarach bliższymi partnerami, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, mimo występujących między nimi różnic stanowisk i interesów; w innych — ich drogi z różnych względów rozchodzą się, co jednak wcale nie musi oznaczać trwałego rozwodu. Czy w świecie, w którym wiele problemów ma wymiar globalny, warto w ogóle takim trwałym rozwodzie wspominać? Bez wątpienia relacje Europy ze Stanami Zjednoczonymi w ciągu ostatnich dekad uległy głębokim przeobrażeniom. Trudno oczekiwać, że to, co kiedyś było podstawą silnego sojuszu Europy i Ameryki, czyli walka z faszyzmem, budowa porządku powojennego i wspieranie demokracji w Europie Zachodniej w czasach zimnej wojny, będzie w dalszym ciągu główną siłą napędową tej relacji. Te narracje nieuchronnie się wyczerpały, co nie oznacza jednak, że powiązania euroatlantyckie nie napełniają się nową treścią. Mogliśmy to obserwować w ostatniej dekadzie XX wieku, gdy Stany Zjednoczone, inne kraje NATO i ówczesnej EWG wspólnie wspierały przemiany demokratyczne w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, a także podejmowały wspólne działania w obliczu kryzysowych sytuacji na Bałkanach i w innych rejonach świata, choć — trzeba to uczciwie przyznać - nie obywało się to niekiedy bez poważnych zgrzytów i konfliktów między partnerami. Ale czy Amerykanie i Europejczycy rzeczywiście muszą się we wszystkim zgadzać, żeby się dogadywać? Mimo postulowanego przez mecenasa Stępnia „cywilizacyjnego rozjeżdżania się" Ameryki i Europy wspólne interesy w każdym razie wyglądają całkiem nieźle. Choć jesteśmy świadkami wspaniałego rozwoju Chin i rosnącej roli tego kraju w wymianie gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi, to jednak nadal Europa pozostaje głównym partnerem handlowym tego kraju, zresztą z wzajemnością. Czy warto się na Stany Zjednoczone obrażać, kiedy firmy z tego kraju pozostają głównymi inwestorami zagranicznymi w Unii Europejskiej? Czy Europy i Stanów Zjednoczonych nic nie łączy, skoro w 44 z 50 amerykańskich stanów to europejskie firmy są głównymi zagranicznymi inwestorami, a w pozostałych sześciu — drugimi co do ważności? Czy 12 mln podróżnych przybywających rocznie do Stanów Zjednoczonych z Europy ma naprawdę z tego powodu obrażone miny? Po jakim kroju ubrania lub egzotycznym nakryciu głowy (świadczących niewątpliwie o przepaści cywilizacyjno-kulturowej dzielącej oba kontynenty) rozpoznać obywatela Stanów Zjednoczonych w masie ponad 27,5 mln osób, które rocznie przybywają do Europy z obu Ameryk? Współpraca między Stanami Zjednoczonymi i Europą układa się zresztą nieźle nie tylko w dziedzinie gospodarczej, ale również w dziedzinie polityki międzynarodowej. Lista wspólnych przedsięwzięć i projektów jest imponująca i - jak się wydaje — nie zwiastuje głębokiego kryzysu we wzajemnych stosunkach. Stany Zjednoczone i wiodące kraje europejskie współpracują blisko w takich kwestiach, jak sytuacja w Afryce Północnej, przede wszystkim w Libii, w Egipcie i w Tunezji. W kręgu wspólnych zainteresowań nieodmiennie leży sytuacja na Bliskim Wschodzie, w Iranie, w Afganistanie i w Azji Środkowej, a także relacje z Rosją, aby wymienić najważniejsze kwestie. Co więcej, nic nie zapowiada, że Europa i Ameryka będą mniej zajęte w najbliższej przyszłości, a lista problemów, którymi przychodzi się wspólnie zajmować, wcale w ostatnim czasie nie staje się krótsza. Nawet sprawa spektakularnej likwidacji bin Ladena wypada na tym tle jak niewiele znaczący epizod o nikłym wpływie na kształt europejsko-amerykańskich relacji. I nawet jeżeli w przyszłości Ameryka i Europa nie będą tak bliskimi przyjaciółmi jak dawniej, zawsze będą miały do załatwienia jakieś wspólne, globalne i lokalne interesy, które zazwyczaj jednak ludzi zbliżają. Tego się trzymajmy. | |
Original.. (http://therationalist.eu.org/kk.php/s,1736) (Last change: 17-05-2011) |