Jesteśmy tak przyzwyczajeni do naszego sposobu odbierania czasu, że widać to wyraźnie (choć zazwyczaj sobie tego nie uświadamiamy) na poziomie języka potocznego — czyż bowiem nie mówimy, że czas płynie albo biegnie, albo że nie mamy czasu… To wszystko wydaje się oczywiste — ale nie jest. Jest to bowiem kategoryzowane niejako wtórnie, to jest: nie naturalnie, lecz kulturowo. Nie zajmiemy się jednak potocznym doświadczeniem czasu, a raczej wielkimi koncepcjami, wręcz filozoficznymi, ogólnymi ramami, które zbudowały nam taki, a nie inny obraz czasu. Trzeba będzie zacząć od konstatacji ogólniejszych — czyli od odwołania się do całościowej wizji uniwersum. Nikogo już chyba nie trzeba przekonywać co do roli jaką w procesie budowania się tożsamości europejskiej odegrało średniowiecze (bez względu na oceny jakie mu nadamy). Nawet jeśli, jak w przypadku niniejszych rozważań, będzie tylko odniesieniem dla koncepcji nowszych. Tak właśnie będzie w przypadku budowania się sposobu widzenia czasu, z jakim dziś jesteśmy tak oswojeni. Otóż najważniejszą zmianą jaka dzieli średniowiecze od renesansu jest zmiana obrazu świata. O ile bowiem w średniowieczu istotna była statyka, a byty widziane były jako dane, gotowe, od razu ukształtowane, w renesansie — inaczej, świat i byty postrzegane były w procesie, a akcent położono na dynamiczność i przemiany. W średniowieczu świat był darem Boga, w wszystko co w jego obrębie się znajduje to niezmiennie twory boga. Tymczasem w renesansie rozwija się koncepcja emanacyjna. Przyjrzyjmy się bliżej różnicy między tzw. kreacyjną a emanacyjna koncepcją świata. Otóż ta pierwsza — właściwa właśnie dla średniowiecza, ale nie zarzucona do dziś dnia w niektórych kręgach konserwatywnych religijnie — zakłada stworzenie ex nihilo — a to ma swoje określone konsekwencje: na przykład przeświadczenie, że Bóg od razu, zawsze i na zawsze jest ten sam i taki sam, stworzenie świata było jednorazowym aktem jego decyzji, a stworzone rzeczy od razy ukształtowane zostały w gotowej formie; takie jakimi widzimy je dziś były zawsze. To właśnie statyczny obraz świata i Boga (o czasie w tym świecie powiem za chwilę). Koncepcja emanacyjna zakłada tymczasem, że Bóg nie od razu dysponował pełnią boskich prerogatyw, jest Bogiem w procesie, rozwija się, jak i sam świat rozwija się od niezróżnicowania po złożone rzeczy i zjawiska. Dzieje świata zatem to pewne continnum ciągłego wyłaniania się bytu, a z tym w korelacji pozostaje sam Byt Najwyższy. Świat — to ciągła entelechia — proces przekształceń. To miało fundamentalne znaczenie dla europejskiej myśli, a szczególnie dla filozofii niemieckiej. To oczywiście łączy się z zagadnieniem czasu. W średniowieczu za Augustynem świat widziany był jako przestrzeń dziania się historii świętej, zmierzającej od punktu do punktu (genezis — paruzja), jako arena ścierania się sił państwa bożego i jego przeciwników. Historia ludzka została obdarzona sensem, o tyle o ile jest dziejami przechodzenia od „tego świata", państwa świeckiego do królestwa bożego. Dzieje świata więc to dzieje obiektywizowania się bożego rozumu i bożej łaski. Niewątpliwie jest Augustyn ojcem historiografii (choć pojętej swoiście). Nawet dziś i nawet dla ateistów jest to archetypiczny model, w którym tkwimy po uszy… Wszak tak myślimy do dziś — rzecz jasna chodzi mi o ogólne ramy, nie o specyficzną treść (chrześcijański model świata), przecież to stąd wynikają wszystkie ewolucjonizmy filozoficzne, czy też utopie (bo przecież czas biegnie linearnie ku lepszemu światu, zatem kiedyś będzie lepiej, mądrzej itp.). Można by rzec — my z niego wszyscy... Zatem model augustiański, czy raczej tylko jego struktura (czasu) pozostała nam w spadku aż do naszych czasów, choć bywała wpisywana w różnorodne tradycje światopoglądowe i opcje filozoficzne. Ale to, że czas płynie od-do nie znaczy jeszcze, że rzeczy wraz z jego upływem ulegają wiecznym przemianom. To jest właśnie rys renesansowy. Obecny wszędzie — od modelu wszechświata począwszy. Bo czyż doceniamy co naprawdę kryje się w sloganie o przewrocie kopernikańskim? Otóż to była prawdziwa rewolucja! Zawalił się wcześniejszy nie tylko model wiedzy, ale cały model świata! W średniowieczu obowiązywał oparty na modelu ptolemejskim statyczny obraz kosmosu. Kopernik zresztą choć zmienił wiele, to niewiele zmienił w tym statycznym modelu — po prostu w miejsce centralnie ujmowanej ziemi wstawił słońce — ale model nadal był nieruchomy. Dlaczego? Otóż wynikało to z pewnych założeń apriorycznych dotyczących doskonałości (czyli trwałości, czyli — statyki bytu). Coś co jest doskonałe nie musi i nie może podlegać zmianom… Jako zaś figura doskonała postrzegane było koło (już mniejsza czy jakoweś treści archetypalne kryją się za tym czy nie). I model, zarówno Ptolemeusza, jak i Kopernika zbudowany był nie inaczej, ale właśnie na „planie" koła — i nie dlatego, że tak wskazywała jakakolwiek empiria, ale dlatego, że koło było doskonałe, a świat stworzony przez Boga musiał z założenia być doskonały. Tak naprawdę największego przełomu dokonał Galileusz — twierdził oto, że orbitami nie są koła, ale elipsy! Tylko tyle, powiemy? Ależ on tym samym zburzył obraz doskonałego wszechświata! [ 1 ] Tak czy inaczej świat przestał być tak „skończony", jak w średniowieczu (przez model kosmosu, przez koncepcję kreacyjną, po hierarchiczny układ społeczny — wszystkie elementy pozostają w zgodzie z naczelną ideą). Skoro zaś tak się stało, to problemem dla renesansowych mędrców stało się: w jaki sposób „to" działa, jaka jest mechanika świata, jak działa Bóg. Z tej nowej wizji świata wynikła też nowa antropologia — oto w tym przekształcającym się świecie człowiek stał się koniecznym komponentem istnienia Boga i świata, nie jest już tylko prochem, targanym przez demoniczne siły pyłkiem na wietrze, jego godność została wywyższona. Aczkolwiek w tym miejscu warto był uczynić krótką dygresję. To czego uczą nas w szkołach, że w średniowieczu mamy do czynienia z teocentryzmem, a w renesansie z antropocentryzmem — to oczywiście skrajne uproszczenie. Nie jest przecież tak, iż w myśli średniowiecznej nie snuto rozważań na temat kondycji człowieka w świecie — tyle, że obowiązywała taka a nie inna wizja naczelna. Tak i w renesansie obraz człowieka zmienił się, bo cała koncepcja uniwersum uległa przewartościowaniu. Ale to kosmologia zajmowała naczelne miejsce w myśleniu renesansowym — i to z niej wynikały implikacje dotyczące nauk przyrodniczych oraz humanistycznych — tylko o tyle można mówić o podniesieniu roli człowieka, o ile antropologia wpisywała się w cały system. I tak raczej powinno się mówić o koncepcji nie antropocentrycznej, ale o pewnej homologii wyrażającej się obrazem makrokosmos-mikrokosmos; człowiek o tyle był wartościowy, że stanowił odbicie kosmosu.
Wynika stąd kilka konsekwencji — np. ta, że świat jaki jawił się po Galileuszu i Newtonie „stał" się niestabilny, zatem niedoskonały, nie-gotowy — tylko taka podstawa może dawać asumpt do pojmowania go dynamicznie. Doskonały świat jest statyczny — po cóż miałby się zmieniać? Zatem kategoria zmiany, dynamiki, przekształceń łączą się ze sobą i pokrywają z odmienną niż dla kosmosu statycznego wizją Czasu. Mniej w tym momencie istotne jest, że model Newton'owski to świat-maszyna, że potem Leibniz go zakwestionował i zastąpił obrazem świata-organizmu. Mechanikę zastąpiła fizjologia — ale ważne, że i tu i tam fundamentem jest element dynamizmu. Ważne też, że w konstruowaniu wizji Czasu swoją rolę odegrały nauki przyrodnicze. Chociaż za Levi-Straussem podkreślmy, co i tak wynikać powinno z niniejszych rozważań, że: „Wiara w jednokierunkową ewolucję form życia pojawiła się w filozofii społecznej dużo wcześniej niż w biologii." („Spojrzenie z oddali", rozdz. Rasa i kultura, s. 30). Trzeba by tu przywołać epokowe dzieło C. de Boufon'a „Ogólna historia natury", w którym pojawia się nowoczesna teoria organizmu, jako systemu powiązań oraz nazwisko K. Kielmeyer'a, który rozwinął ten model i zwrócił uwagę na element czasu, czasu — by tak rzec już nie metafizycznego, ale naturalnego, biologicznego. Pojawiła się biologia, zupełnie nowa nauka… Jeszcze trochę i upadła stara koncepcja premorfizmu czyli idea gotowych rzeczy. Już blisko do Darwina… A jeszcze paleontologia, też nowa nauka — wydobywająca na światło dzienne dawno umarłe organizmy biologiczne, umarłe niewyobrażalnie dawno — i oto czas nie jest już funkcją historii wyłącznie człowieka, ale całej natury. Tak nastąpił upadek jednego z fundamentu wiary chrześcijańskiej — czas nie jest tylko areną zmagań metafizycznych sił, nie jest obszarem gdzie dzieje się tylko ludzka historia, innymi słowy — tak przekreślono ostatecznie ideę historia sacra Augustyna. Ale… czy ważne są dzieje ludzkie (historia zbawienia) czy dzieje natury, planety, kosmosu — Czas płynie linearnie od punktu do punktu. Z tej podstawowej teorii wynika wszystko inne. Rozważania nad czasem w myśli europejskiej zrodziły się w ramach religii, potem splotły się z naukami przyrodniczymi i szły z nimi pod rękę aż do okresów wielkich systemów Herdera i Hegla. Wszak dla Hegla — świat to proces obiektywizowania się Rozumu czy Absolutu (pojęcie Absolutu, Ducha — to koncepcje wyrosłe na gruncie niemieckiej filozofii), który spełnia się w różnych dziedzinach — w filozofii, sztuce, prawie itd. Proces ten postępuje od form najprostszych po bardziej skomplikowane, innymi słowy rozumność świata wzrasta. A w innych obszarach i naukach szczegółowych? Oto np. epoka pozytywizmu w ujęciu A. Comte’a to epoka wieńcząca proces rozwoju cywilizacyjnego (1. Teologiczna, 2. Metafizyczna, 3. Pozytywizm). I tak dalej i tak dalej.… Mimo różnic w treści owych „wielkich narracji" wszędzie Czas jest ujmowany podobnie, my zaś uważamy ten schemat za oczywisty, nie mogąc zrozumieć, że można inaczej - że na przykład są kultury, dla których czas ma inne znaczenie, a Wielki Czas jest raczej cyklem niż linią... Footnotes: [ 1 ] Galielusz to wielki "burzyciel" doskonałości obrazu świata; wielokrotnie spotykał się z powyższymi zarzutami. Już kiedy ogłosił, że Księżyc nie jest gładką piłką, lecz ma "chropowatą" powierzchnię, skierował na siebie podejrzliwe spojrzenie ludzi Kościoła. "Uznanie Księżyca nie za wypolerowane zwierciadło, lecz za wysuszoną, pokrytą pyłem skałę, pozbawioną wody i atmosfery, byłoby wstrząsem dla ludzkości i świętokradztwem dla Kościoła" (Reston). Wówczas profesor jezuickiego Kolegium Rzymskiego, Ch. Clavius, papieski matematyk, znalazł wytłumaczenie dla tych nierówności w świetle doktryny katolickiej, głoszącej gładkość Księżyca - jeśli faktycznie owe nierówności istnieją, to z pewnością są one zamknięte w niewidzialnym, przezroczystym krysztale, dzięki któremu Księżyc nadal może zachować swą nieskazitelną kulistość, o której stanowi Pismo św. Kolejno przyszły jeszcze większe rewelacje, z których "najważniejszą, najbardziej wartą rozgłoszenia, najbardziej obrazoburczą" było odkrycie księżyców Jowisza. Pobożny Clavius rozłożył ręce: "Cały system sfer niebieskich załamał się i trzeba go poprawić". Wkrótce potem wywołał kolejny ferment: na Słońcu są plamy! "Według ludzi o ograniczonych umysłach Galileusz popisywał się po prostu bluźnierczymi czarami: rozległe czarne skazy na Boskim Słońcu! (...) pokazywanie ich kardynałom Kościoła oznaczało atakowanie samego sedna wiary głoszonej przez teologię, wiary, że niebiosa są czyste, niezmienne, nie podlegają zepsuciu." (Reston). Rzymski inkwizytor, C. Conti, radził Galileuszowi, aby pisał o plamach jako o skupiskach małych gwiazd obracających się wokół Słońca (aby utrzymać jego doskonałość). - przyp. M.Agnosiewicz | |
Original.. (http://therationalist.eu.org/kk.php/s,2285) (Last change: 06-09-2003) |