Nowa hipoteza: Stratum Myślałem o tym od dłuższego czasu, zwłaszcza patrząc na te wszystkie nowe odkrycia teleskopu Webba, który znajduje masywne, stare galaktyki tam, gdzie teoretycznie w ogóle nie powinno ich być. Standardowy model Wielkiego Wybuchu po prostu przestał mi się spinać. Chciałbym zaproponować trochę inne podejście, nad którym pracowałem. Nazywam to Teorią Stratum.
W skrócie: uważam, że musimy porzucić pomysł, że wszechświat wziął się z jakiegoś jednego, nieskończenie małego punktu i z niczego. Co jeśli rzeczywistość ma formę fraktalną i jest nieskończona, coś jak rosyjskie matrioszki włożone jedna w drugą?
Spójrzmy na to jak na "poziomy" – czyli Strata. Nasz wszechświat, to wszystko, co widzimy, to Stratum 512. Poziom niżej, czyli świat atomów, to Stratum 513. Świat sub-kwantowy, czyli to, z czego zbudowane są atomy, to 514. Z kolei nad nami jest makro-wszechświat, czyli Stratum 511. Z perspektywy bytu, który żyje w 511, cały nasz Układ Słoneczny jest po prostu pojedynczym, niewidzialnym atomem, a np. widzialny wszechświat bilionami atomów.
Skoro rzeczywistość jest nieskończona, to czym w takim razie był Wielki Wybuch? Zamiast wybuchu z niczego, myślę, że to był po prostu "rozrost strefowy" w czymś (Stratum 512), co istniało od zawsze. Wyobraźcie to sobie jak pęczniejącą tkankę. Nasz konkretny fragment wszechświata po prostu zaczął rosnąć i gęstnieć, wpychając się w starsze, istniejące już obok strefy. To dlatego teleskop Webba widzi te "niemożliwe", stare galaktyki na krańcach – one już tam po prostu były, w innej strefie, a nasz pęczniejący bąbel dopiero teraz do nich dotarł.
Moja teoria rozwiązuje też chyba największy ból głowy współczesnej fizyki: dlaczego nie potrafimy połączyć mechaniki kwantowej z grawitacją. Według mnie prawa fizyki po prostu nie są uniwersalne. One ewoluowały lokalnie przez oktyliony lat i dopasowały się do gabarytów danego Stratum. Grawitacja działa u nas w 512, ale kiedy zejdziemy do atomów w 513, przejmuje to elektromagnetyzm i nagle wszystko staje się chmurą prawdopodobieństwa. Te zasady po prostu nie tłumaczą się pomiędzy poziomami, bo są z innej bajki.
To samo dotyczy czasu. Czas jest całkowicie względny i zależy od twojego fizycznego rozmiaru. Jedna nasza sekunda to wieczność dla elektronu. Widzimy to nawet w naturze – taka mucha widzi świat w zwolnionym tempie w porównaniu do nas, bo ma inne tempo procesowania. Ale jak spojrzymy w górę, na Stratum 511, to dla tamtego makro-świata całe 13,8 miliarda lat życia naszego wszechświata przemknęłoby w ułamku sekundy.
To też tłumaczy, dlaczego nigdy, przenigdy nie skomunikujemy się z wyższymi ani niższymi poziomami. To jest głucha nieskończoność. Dosłownie minęlibyśmy się z każdym sygnałem przez tę abstrakcyjną różnicę w upływie czasu, nie wspominając o tym, że jesteśmy dla nich mniejsi niż pył.
Ale dlaczego to wszystko ma w ogóle znaczenie? Kiedyś nasze słońce umrze. Kosmos w ogóle się nami nie przejmuje – nasza świadomość to tylko przypadkowa, zmutowana konfiguracja materii, która akurat pojawiła się w Stratum 512. Jeśli ludzkość chce przetrwać, nie wystarczy nam budowanie zwykłych rakiet. Musimy rozgryźć Stratum 514 (świat sub-kwantowy), żeby zrozumieć, jak manipulować samą grawitacją.
Będziemy musieli kiedyś ewakuować się z tego układu słonecznego. A kiedy to zrobimy, podróże w kosmosie i życie na planetach o innej grawitacji nieuchronnie nas zmutują. Za kilka tysięcy lat nie będziemy już w ogóle przypominać ludzi. Ale ta mutacja to nie jest porażka – to jest ostateczny dowód na naszą adaptację. Musimy opanować mikro-świat, żeby móc przetrwać w makro-świecie.
Wiem, że to może brzmi trochę jak odlot, ale dla mnie to spina wiele luźnych wątków bez uciekania się do magii albo skomplikowanej matematyki, która na koniec i tak daje błędy. Dajcie znać, co o tym myślicie. |