Bohdan Chwedeńczuk, Przekonania
religijne
Fundacja Aletheia, Warszawa 2000, s.263
Spis treści:
Część główna: Sensy
A. Wymagania pojęciowe
B. Przegląd pojęć religii
C. Nieklasyczne pojęcia religii
D. Znaczenie wyrażeń religijnych
E. Znaczenie wyrażeń religijnych. Obrońcy
F. Mistyfikacja semantyczna i jej źródła
Dodatek I: Racje
A. Następstwa hipotezy Hume’a
B. Koncesja
C. Uzasadnienia tezy teizmu
D. Dyrektywa Berkeleya
E. Dyrektywa Jamesa
F. Zmiana pojęcia uzasadniania
G. Słowo psalmisty
Dodatek II: Dobra
A. Warunek pojęciowy
B. Warunek metodologiczny
C. Warunek prakseologiczny
Zakończenie
A. Środki i wyniki
B. Zjawisko przyrody
Przypisy
Literatura
[Poniżej fragment Dodatku I: Racje; pominięto większość
przypisów do tekstu]
***
Świadectwo Pana niezawodne — poucza prostaczka.
Ps 19, 5
Przyjąłem hipotezę Hume’a, czyli pogląd na znaczenie
wyrażeń, z którego wynika, że wyrażenia języka religii są pozbawione
sensu poznawczego. Przyjąłem tę hipotezę, bo przypisuję jej — na gruncie
wiedzy, którą mam — znaczne uprzednie (względem dalszego postępowania)
prawdopodobieństwo, a nie znalazłem argumentów, które ją falsyfikują.
A. Następstwa hipotezy Hume’a
Każda hipoteza pociąga następstwa logiczne i praktyczne.
Następstwa logiczne to zdania, które wynikają z niej logicznie, a praktyczne
to działania, do których usposabia uznanie hipotezy — usposabia w tym sensie,
że skłonni jesteśmy do tych działań tylko wtedy, gdy uznajemy tę
hipotezę.
W uwagach kończących rozważania semantyczne tej książki
[Część główna: Sensy książki Przekonania religijne Autora — przyp.] wskazałem następstwo logiczne hipotezy Hume’a — zdanie, że nie
ma przekonań religijnych, a są obrazy i recytacje religijne (biorąc dokładnie,
jest to następstwo hipotezy Hume’a i zdań mówiących, co robi ten, kto
wypowiada zdania religii pozbawione znaczenia poznawczego) — oraz opisałem
jedno z jej następstw praktycznych: działanie zwolennika hipotezy Hume’a, który
chce ustalić, czy spotkał człowieka religijnego.
Zajmę się teraz logicznie wcześniejszym następstwem tej
hipotezy — czyli przemilczaną przesłanką zdania o recytacjach religijnych -
oraz jej doniosłym następstwem praktycznym -czyli działaniem człowieka, który
staje wobec kwestii zasadności przekonań religijnych.
Zdania bezsensowne poznawczo nie mają wartości logicznych — nie są prawdziwe ani fałszywe. Takie jest następstwo definicji prawdy i fałszu:
zdanie prawdziwe to zdanie, które mówi, że jest tak a tak, i właśnie
tak jest, a fałszywe zdanie mówi, że jest tak a tak, i właśnie tak
nie jest. Zdanie bezsensowne nie mówi niczego, nie może być zatem ani zgodne,
ani niezgodne z faktem, czyli nie może być ani prawdziwe, ani fałszywe.
Odpowiedniki tych zależności są zresztą oczywiste: żeby przypisać zdaniu
prawdę czy fałsz, trzeba je najpierw rozumieć, czyli wiedzieć, co mówi;
zdania bezsensownego nie można rozumieć.
Następstwem zaś tego, że nonsensom wartości logiczne
nie przysługują, jest to, że nie przysługują one zdaniom religii, te bowiem
są — w myśl hipotezy Hume’a — nonsensowne poznawczo. Z twierdzenia o przysługiwaniu
wartości logicznych oraz z hipotezy Hume’a dostajemy więc od razu twierdzenie o niewartościowości logicznej zdań religii. A dopiero z tego twierdzenia oraz z twierdzeń, do których dochodzimy, gdy odpowiadamy na pytanie, czym są
zdania religii, skoro nie są nosicielami prawdy ani fałszu, otrzymujemy
twierdzenia, że są nosicielami obrazów, a wypowiadanie ich to recytacje, nie
zaś wyrażanie przekonań.
Z twierdzenia o niewartościowości logicznej zdań religii
płyną dalsze jeszcze konsekwencje. Wśród nich ta, że zdania religii nie
podlegają uzasadnianiu. Uzasadniać bowiem to wykazywać, że zdanie jest
prawdziwe lub prawdopodobne, czyli prawdopodobnie prawdziwe. Zdań bezsensownych
poznawczo nie sposób więc uzasadniać, bo nie mogą być ostatnimi ogniwami łańcuchów
uzasadnieniowych, skoro nie mogą przybierać wartości logicznych.
W praktycznym zaś następstwie tego wszystkiego do
zrobienia w kwestii zasadności zdań religii jest w pierwszej kolejności coś,
co sprowadza się do oświadczenia, że nie ma tej kwestii. Zdania religii (w każdym
razie zdania stanowiące doktrynalny rdzeń religii, jej dyskurs teologiczny, na
który w metafizycznych religiach monoteistycznych i pseudomonoteistycznych składają
się głównie zdania o istnieniu i przymiotach bóstwa) nie są ani zasadne,
ani bezzasadne, nie można bowiem ani im ani ich negacjom przyporządkować żadnych
uzasadnień — żadnych wspierających je łańcuchów zdań ani żadnych układów
świadectw. Nie można więc przyporządkować im obiektów, które podlegają
ocenie z punktu widzenia zasadności.
W kwestii zasadności zdań religii nie ma więc
niczego do zrobienia, bo jej nie ma. Sporo jest natomiast do zrobienia wokół
tej kwestii. Można się w szczególności zastanowić nad pytaniem (równie
intrygującym jak pytanie o źródła mistyfikacji semantycznej): Dlaczego
ludzie uzasadniają zdania religii, dlaczego tworzą argumenty, dyskutują je i krytykują? Dlaczego toczy się od wieków praca myślowa wytwarzająca
uzasadnienia zdań religii?
Nie będę się tym intrygującym zjawiskiem zajmował.
Wymaga ono innych niż moje umiejętności. Trzeba tu antropologa, psychologa,
historyka i socjologa kultury. Sądzę zresztą, że jeśli mamy wyjaśnienie
mistyfikacji semantycznej, czyli tego, że ludziom wydaje się, iż rozumieją
zdania religii — a starałem się pokazać, że je mamy [ss.134-146 tejże książki — przyp.] — to wyjaśnienie fenomenu praktyki uzasadniania zdań religii,
czyli tego, co nieuzasadnialne, jest zasadniczo dostępne.
B. Koncesja
Pójdę natomiast na ustępstwo. Załóżmy mianowicie, że
ludzie rozumieją zdania religii, tak jak rozumieją poznawczo sensowne zdania o rzeczach doświadczenia. Załóżmy, że człowiek piszący, iż Bóg jest "osobą
pozbawioną ciała, niewidzialną, doskonałą, nieskończoną i absolutnie wolną",
że jest: Ens a se, res infinita, summum bonums [Bytem samym w sobie,
rzeczą nieskończoną, dobrem najwyższym] — że ktoś taki wie, co pisze.
On tego nie wie i nie trzeba Hume’a, by wiedzieć, że nie
wie. Wystarczy okoliczność, że nie istnieją objaśnienia tych predykatów, a kto chciałby się dowiedzieć, na czym polega osoba pozbawiona ciała itd., nie
dowie się tego w całej dotychczasowej religijnej bibliotece ludzkości.
Hipoteza Hume’a wyjaśnia tę okoliczność, okoliczność ta wystarcza
natomiast, by nabrać podejrzeń co do zrozumiałości tych układów słów.
Podobnie — by wziąć inny układ słów — człowiek utrzymujący, że
„przekonanie, iż istnieje osoba taka jak Bóg tradycyjnego chrześcijaństwa,
judaizmu i islamu", dotyczy "wszechmocnej, wszechwiedzącej, darzącej
samymi łaskami i kochającej osoby duchowej, która stworzyła świat",
też nie wie, co pisze. (I tu zresztą nie trzeba Hume’a, by wiedzieć, że nie
wie. Wystarcza logiczna paradoksalność „wszechprzymiotników" [ 1 ])
Podobnie, autor hymnicznego określenia: „Mówię… o Bogu teisty i chrześcijanina, o Bogu, który jest co do liczby Jeden, który jest Osobą, Początkiem,
Trwaniem i Końcem wszelkich rzeczy, życiem Prawa i Porządku, Władcą moralności,
Istotą Najwyższą i Jedyną, podobną do siebie, niepodobną do wszystkich
rzeczy pozostających poza Nim, które są tylko Jego stworzeniami, różną i niezależną od nich wszystkich, Istotą samoistną, absolutnie nieskończoną,
która zawsze była i zawsze będzie, dla której nie ma nic przeszłego ani
przyszłego, która jest wszelką doskonałością, pełnią i pierwowzorem
wszelkiej doskonałości, samą Prawdą, Mądrością, Miłością, Sprawiedliwością
i Świętością, Istotą Wszechpotężną, Wszechwiedzącą, Wszechobecną,
Niepojętą" — i on nie wie, co pisze, i przez chwilę zdaje się to sobie uświadamiać:
„Dopóki… nie wyjaśnię, co rozumiem przez "jednego Boga", używam słów,
które mogą znaczyć wszystko lub nic" [ 2 ].
Krótkotrwała jest jednak ta świadomość, rychło bowiem traktuje słowa, z których złożył hymn, jako wyjaśnienie tego, co rozumie przez „jedynego
Boga".
Załóżmy jednak, że ludzie ci rozumieją swoje
twierdzenia o Bogu. Czy jednak można wystąpić z takim założeniem? Wystąpić
można, zdawałoby się, z dowolnym założeniem. Z dowolnym, wyjąwszy te, którym
stoi na przeszkodzie logika. Nie można założyć, że ma się więcej pieniędzy,
niż ma człowiek najbogatszy. Nie można, mówiąc ogólnie, wystąpić z założeniem,
którego nie wyraża zdanie sensowne. Nie da się założyć tego, czego nie da
się sensownie wypowiedzieć. Kto opowiedział się, jak to uczyniłem, za
hipotezą Hume’a, nie może wystąpić z założeniem: „Załóżmy, że Jan
rozumie tezę teizmu", bo jest ono równoważne zdaniu: „Załóżmy, że Jan
rozumie niezrozumiałą tezę teizmu", takiego zaś zdania nie da się
zrozumiale zakomunikować.
Muszę w tym położeniu skorzystać z wybiegu. W przeciwnym razie nie mógłbym się zająć bezspornym zjawiskiem kultury — że
ludzie utrzymują, iż uznają tezę teizmu, i ją na różne sposoby uzasadniają.
Zjawisko to intryguje mnie. Intryguje mnie wartość poznawcza uzasadnień tezy
teizmu. Żeby się tym zająć, muszę sobie powiedzieć: „Załóżmy, że
Anzelm z Canterbury, Tomasz z Akwinu, Kartezjusz, Berkeley, Leibniz i inni
ludzie rozumieją tezę teizmu, i zobaczmy, czy skutecznie uzasadniają tę tezę.
Czy teza ta jest uzasadniona?".
Jak to jednak powiedzieć, gdy stoi na przeszkodzie logika
języka, którym mówię? Logika podsuwa jednak wyjście, a właściwie jego część.
Istnieją mianowicie, jak zauważyli logicy, nierzeczywiste okresy warunkowe,
takie zdania jak na przykład: „Nie jestem bogaty, gdybym jednak był bogaty,
zamieszkałbym w Patagonii", a więc zdania o postaci: „Nie jest tak a tak,
gdyby jednak było tak a tak, to byłoby owak".
Mam więc przynajmniej rozwiązanie werbalne: „Ludzie nie
rozumieją tezy teizmu, gdyby ją jednak rozumieli, toby ją uzasadniali". Samą
implikację: „Gdyby ją jednak rozumieli, toby ją uzasadniali", mogę
przekształcić tak, by jej składniki były zdaniami oznajmującymi: „Gdy
ludzie rozumieją tezę teizmu, to ją uzasadniają", a sprzeczności z hipotezą Hume’a, do której doszłoby, gdybym miał przyznać, że ludzie
rozumieją tezę teizmu, mogę uniknąć, przekształcając następująco — na
mocy tego, co powiedziałem o mistyfikacji semantycznej — poprzednik naszej
implikacji: „Gdy się ludziom zdaje, że rozumieją tezę teizmu, to ją
uzasadniają".
Wprowadziwszy tym sposobem założenie, że ludzie rozumieją
tezę teizmu, mogę zastanowić się nad jej uzasadnieniami, bo mogę zastanowić
się nad „uzasadnieniami" obrazów, które żywią, gdy wypowiadają tezę
teizmu, a raczej, nad uzasadnieniami twierdzeń nawiązujących do obrazów
religijnych, twierdzeń wzbudzanych przez tezę teizmu. Że nie są to
twierdzenia równoważne tezie teizmu (żadne zdanie bowiem nie może być równoważne
zdaniu bezsensownemu), to mojemu badaniu nie stoi na przeszkodzie. Ludzie
nierzadko bowiem uzasadniają nie to, co im się zdaje, że uzasadniają, i bywa
wówczas, że uzasadniają coś zgoła innego lub że niczego nie uzasadniają.
Przyjrzyjmy się zatem poznawczej wartości układów świadectw i zdań, które
ludzie mają za uzasadnienia tezy teizmu. Uzasadnienia te nie dotyczą
tezy teizmu, bo nie jest to teza w sensie właściwym — nie jest sensownym
poznawczo zdaniem twierdzącym — ale dotyczą jakiegoś przybliżenia do tej
tezy — na przykład jakiejś myśli, że istnieje ktoś, kto to wszystko zrobił i się nami wszystkimi opiekuje, potężna i majestatyczna osoba, niczym ów
starzec z tympanonu katedry w Bambergu.
Mogę teraz bez obawy przed czymś, co miałbym za
nieporozumienie, zatytułować następująco kolejny paragraf tych rozważań.
C. Uzasadnienia tezy teizmu
Skorzystajmy z tradycyjnego podziału uzasadnień na bezpośrednie i pośrednie. Gdy uzasadniam coś bezpośrednio, za podstawę zdania, które
uzasadniam, biorę doświadczenie. Gdy uzasadniam coś pośrednio, za podstawę
zdania, które uzasadniam, biorę inne, już uzasadnione, zdania. Te inne zaś,
już uzasadnione zdania, to albo zdania uzasadnione bezpośrednio przez doświadczenie,
albo (jak w logice i matematyce) zdania, które uznaję za prawdziwe na mocy
znaczenia składających się na nie słów. Niech uzasadnianie, które opisałem,
będzie uzasadnianiem standardowym. Uzasadniam bezpośrednio zdanie mówiące,
że piszę te słowa, biorąc za jego podstawę doznanie wzrokowe pojawiających
się przede mną słów. Spytany, skąd wiem, że piszę te słowa, odpowiem, że
widzę, iż je piszę. To zaś, że jutro będzie wtorek, uzasadniam pośrednio,
biorąc za podstawę tego zdania różne zdania, które uznaję za uzasadnione
(a wśród nich zdanie mówiące, że dziś jest poniedziałek, oraz wiele
innych zdań, zdań astronomii, wiedzy o kulturze itp.). Spytany, skąd wiem, że
jutro będzie wtorek, odpowiem, że wywnioskowałem moje zdanie o jutrzejszym wtorku ze zdań, które już znam.
Tezę teizmu ludzie uzasadniają na oba sposoby, bezpośrednio i pośrednio. Ci, którzy uzasadniają ją bezpośrednio, robią to dwojako: bądź
tak, że za podstawę przekonania, iż istnieje Bóg, biorą zwykłe doznania
zmysłowe (widzą na przykład krzak gorejący i mówią, że widzą Boga, albo
widzą układ plam na szybie czy żłobienia na pniu sosny i mówią, że widzą
matkę Boga); bądź tak, że za podstawę przekonania, iż istnieje Bóg, biorą
tak zwane doświadczenia religijne.
O postępowaniu tych pierwszych (postępowaniem drugich
zajmę się potem w innym kontekście) wystarczy powiedzieć, że jest na
pierwszy rzut oka nieprzekonujące, a gdy mu się bliżej przyjrzeć, widać powód
tej ułomności — ten, że nie jest uzasadnianiem bezpośrednim. Uzasadnianie
bezpośrednie jest przekonujące, gdy każdy, kto ma sprawne zmysły i zna język,
do którego należy uzasadniane zdanie, w obliczu stosownego doświadczenia uzna
to zdanie. Każdy, kto ma sprawny wzrok, rozumie po polsku i ma pewne
skojarzenia, przeżywszy stosowne spostrzeżenie wzrokowe, uzna zdanie: „Na
tym pniu sosny występują żłobienia przypominające rysy twarzy z obrazu
Matki Boskiej Częstochowskieję (dokładniej: ze znajdującego się na Jasnej Górze w Częstochowie obrazu przedstawiającego, według niektórych ludzi, osobę
nazywaną przez nich Matką Boską; dalsze uściślenie wymaga rozróżnienia dwóch
klas czcicieli jasnogórskiego obrazu — tych, dla których przedstawia on Matkę
Boską, oraz tych, dla których przedstawia Matkę Boską Częstochowską). Nie
każdy natomiast — na kanwie tych kompetencji językowych i kulturalnych oraz w obliczu owego spostrzeżenia żłobień na pniu sosny — uzna zdanie: "Na tym
pniu sosny widać Matkę Boską". I nie ma sposobu, by go doprowadzić do
uznania tego zdania. A gdy się upiera przy nieuznawaniu go, nie ma sposobu, by
go uznać za ślepego idiotę (za kogoś, kto niedowidzi i nie rozumie po
polsku). Doświadczenie wzrokowe tego, że na pniu sosny jest Matka Boska (obojętne,
ona sama czy jej wizerunek), jest więc — jak pokazuje ten test niemożliwości
zdyskredytowania tego, kto nie widzi tam Matki Boskiej — nieprzekonujące.
A jest to doświadczenie trywialnie nieprzekonujące, bo
nie jest doświadczeniem. Skoro zaś nie jest doświadczeniem, odwoływanie się
do niego nie jest uzasadnianiem bezpośrednim. Żeby bowiem widzieć w plamach
na szkle czy żłobieniach na drzewie Matkę Boską, trzeba je uprzednio
religijnie zinterpretować. Dopiero po takiej interpretacji stają się Matką
Boską lub znakami obrazującymi Matkę Boską. Żeby zaś dokonać takiej
interpretacji, trzeba uznać różne zdania religii, a wśród nich tezę teizmu — trzeba wierzyć w istnienie Boga, by zinterpretować spostrzeżenie jako
widzenie jego matki. Nie sposób zatem z doświadczenia wzrokowego plam na szkle
czy żłobień na drzewie uczynić podstawę zdania religii, to bowiem wymaga
uprzedniego przyjęcia różnych zdań religii, a wśród nich tego, które miałoby
się, sięgając do owego doświadczenia, uzasadniać.
Można jednak powiedzieć, że zwykłe świeckie widzenie słów,
które właśnie piszę, również wymaga interpretacji. Cokolwiek widzę — czy
słowa, które piszę, czy Matkę Boską — gdy widzę coś, owo coś jest dziełem
interpretacji. Nie ma więc różnicy między jednym a drugim widzeniem; różne
są tylko środki interpretacji.
Mam dwie odpowiedzi na ten zarzut. Słabsza mówi, że można
wprawdzie naszą percepcję rzeczy zmysłowych uznać za coś pośredniego, a więc
za wynik interpretacji, ale można też stać na stanowisku, że kiedy je
postrzegamy, obywa się bez interpretacji — postrzegamy je bezpośrednio. W oczach tego, kto stoi na tym stanowisku, znika analogia między widzeniem słowa a widzeniem Matki Boskiej. Odpowiedź zaś mocniejsza mówi, że to mi wystarczy — wystarczy, że autor zarzutu przyznaje, iż bez interpretacji nie widzi Matki
Boskiej w plamach na szybie czy w żłobieniach na drzewie, tak jak nie widzi
bez interpretacji słów, które pisze. Jeśli to przyznaje, tym samym
przyznaje, że nie istnieją doznania zmysłowe niosące bez interpretacji treści
religijne. Nie istnieją tedy bezpośrednie uzasadnienia tezy teizmu, bo nie ma
tu nic bezpośredniego. Tak samo — na gruncie tego stanowiska — nie istnieją
bezpośrednie uzasadnienia tezy, że piszę te słowa. Czy obie tezy, teza o pisaniu słów i teza teizmu, są w tej sytuacji bezzasadne, czy obie są
zasadne, czy zasadna jest tylko jedna z nich-to inna sprawa. Tu ważne jest to
tylko, że żadna nie poddaje się bezpośredniemu uzasadnieniu.
Weźmy się więc za inną sprawę, czyli za pytanie o wartość pośrednich uzasadnień tezy teizmu. Przyjmę, że „główne dowody
istnienia Boga podzielić można ze względu na ich charakter metodologiczny na
trzy rodzaje: dowody aprioryczne, dowody empiryczno-dedukcyjne i dowody
empiryczno-indukcyjne". Przesłankami dowodów apriorycznych są przede
wszystkim definicje pojęcia Boga, z których usiłuje się wyprowadzić
dedukcyjnie tezę o istnieniu Boga; przesłankami dowodów
empiryczno-dedukcyjnych są między innymi zdania empiryczne (na przykład
zdania o zależnościach między poruszającymi się ciałami), z których usiłuje
się wyprowadzić dedukcyjnie tezę o istnieniu Boga; a w dowodach
empiryczno-indukcyjnych teza teistyczna uchodzi za hipotezę wyjaśniającą całość
naszego doświadczenia, zaś dowody takie zmierzają do okazania, że teza
teistyczna pociąga logicznie naszą wiedzę o świecie lub przynajmniej w znacznym stopniu ją uprawdopodobnia.
"Otóż, wszystkie te dowody wielokrotnie poddawano
krytyce. Krytyka ta ujawniała nie tylko przygodne, formalne czy materialne
usterki poszczególnych dowodów, lecz ujawniała przede wszystkim zasadniczą
niekonkluzywność trybów takiego dowodzenia. Nerw dawno znalezionych
zarzutów można wysłowić następująco: nie da się wywnioskować z pojęcia
rzeczy istnienia rzeczy (przeciw dowodom apriorycznym); nie da się przejść
dedukcyjnie od stanów świata do istnienia czegoś pozaświatowego (przeciw
dowodom empiryczno-dedukcyjnym); nie da się przypisać hipotezie teistycznej wyższego
niż 1/2 prawdopodobieństwa, a istnieją znacznie lepsze niż hipoteza
teistyczna wyjaśnienia" [ 3 ] znanego nam dziś stanu świata
(przeciw dowodom empiryczno-indukcyjnym). Innymi słowy, można bez sprzeczności
przyjąć definicję Boga, a odrzucić rzekomo wywiedzioną z niej tezę
teistyczną (przeciw dowodom apriorycznym); obraz świata nie może pociągać
logicznie tezy teistycznej, bo można go przyjąć, a tezę tę bez sprzeczności
odrzucić (przeciw dowodom empiryczno-dedukcyjnym); trudno też oprzeć się
intuicji przyznającej tezie teistycznej, jako hipotezie, niskie prawdopodobieństwo
(przeciw dowodom empiryczno-indukcyjnym).
Trafnie zatem przekonany jest ten, kto jest przekonany, że
„w przypadku każdej argumentacji metafizycznej [a dowody tezy teistycznej są
argumentami metafizycznymi, bo mają nas wyprowadzać poza świat przyrody — B.C.]
okaże się, że gdy przesłanki są bezsporne, to rozumowanie jest niestety
niepoprawne, gdy zaś rozumowanie jest poprawne, to przesłanki są równie wątpliwe,
jak wniosek, który mają wspierać".
Jeśli mój podział uzasadnień na bezpośrednie i pośrednie
jest poprawny, czyli rozłączny i wyczerpujący, to teza teizmu jest
bezzasadna. Mój podział uzasadnień uznaję za poprawny, tezę teizmu uznaję
więc za bezzasadną. W dalszym zaś postępowaniu z tezami bezzasadnymi kieruję
się pewną zasadą.
D. Dyrektywa Berkeleya
„Dla mnie wystarczającą racją, aby nie wierzyć, jest
brak dostatecznych racji do tego, aby wierzyć" (G. Berkeley). Wyznanie to
przekształcę w dyrektywę postępowania, którą nazwę, od nazwiska autora
owego wyznania, dyrektywą Berkeleya: „Nie uznawaj żadnego zdania dopóty,
dopóki nie masz dostatecznych racji, by je uznać!". Dyrektywę tę uważam
za nieodłączny atrybut osobnika racjonalnego. Osobnik racjonalny bowiem unika
zdań fałszywych, wystrzega się więc takich sposobów przyjmowania zdań, które
go na zdania fałszywe narażają. Na zdania fałszywe naraża nas przyjmowanie
zdań bez dostatecznych racji. Tylko wtedy zatem jesteśmy racjonalni, gdy nie
uznajemy zdania, dopóki nie mamy dostatecznych racji, by je uznać.
Tezę teizmu uznałem za bezzasadną, co w połączeniu z dyrektywą Berkeleya zabrania mi ją uznać. Mógłbym ją uznać, gdybym
odrzucił dyrektywę Berkeleya. Odrzucenie tej dyrektywy narażałoby mnie
jednak na uznawanie zdań fałszywych, tego jednak nie chcę, jestem bowiem
racjonalny, to znaczy dbam o swoje interesy, którym zagraża uznawanie zdań fałszywych.
Odpowiada mi ten wynik — to, że choćbym rozumiał tezę
teizmu, mam jej nie uznawać, byłoby to bowiem działanie zagrażające mojemu
żywotnemu interesowi: Nie wprowadzać do zasobu przekonań zdań fałszywych!
(Rzecz jasna, uznanie tezy teizmu wbrew dyrektywie Berkeleya nie znaczy, że
jest to teza fałszywa; znaczy tylko, że postępowanie, którego się dopuściłem,
naraża mnie na uznawanie tez fałszywych.)
Wynik ten jest jednak dla wielu ludzi nie do przyjęcia.
Ludzie ci są przekonani — choć, jak pokazywałem, złudne jest to przekonanie — że rozumieją tezę teizmu i że ją prawomocnie uznają. Przekonaniu, że ją
rozumieją, stoi na przeszkodzie hipoteza Hume’a. Przekonaniu, że ją
prawomocnie uznają, stoi na przeszkodzie — choćby się hume’owską przeszkodę
semantyczną usunęło, czego dokonałem na próbę za pomocą koncesji -
diagnoza, że teza teizmu jest bezzasadna, w połączeniu z dyrektywą Berkeleya.
Kto chce zatem uznawać tezę teizmu, musi odrzucić diagnozę jej bezzasadności
bądź dyrektywę Berkeleya. Musi zatem odrzucić bądź stojące za dyrektywą
Berkeleya pojęcie racjonalności, bądź stojące za ową diagnozą pojęcie
uzasadniania.
Przymus ten zrobił swoje — ludzie rzeczywiście odrzucają
te pojęcia. Przyjrzę się teraz tym działaniom.
E. Dyrektywa Jamesa
Oto wyraz odrzucenia wspierającego dyrektywę Berkeleya
pojęcia racjonalności: "Nasze namiętności nie tylko mogą w uprawniony
sposób decydować o wyborze między twierdzeniami, ale nawet muszą to robić, ilekroć
opcja jest autentyczna, a wybór z natury rzeczy nierozstrzygalny na
intelektualnych podstawach" (W. James).
[Analiza argumentu Williama Jamesa, autora Prawo do
wiary — odsyłam do książki B. Chwedeńczuka — M.A.]
F. Zmiana pojęcia uzasadniania
Pozostaje jeszcze jeden ruch: utrzymać dla zdań religii
Berkeleyową dyrektywę racjonalności — przyjmować je tylko wtedy, gdy są
dostateczne racje dla ich uznania — a zmienić standardowe pojęcie
uzasadniania, czyli pojęcie dostatecznych racji.
Są dwa warianty tego ruchu: fideizm oraz empiryzm
religijny, czyli opieranie zdań religii na doświadczeniu religijnym. Oba
rozszerzają standardowe pojęcie uzasadniania o czynności inne niż uznawanie
zdań na podstawie doświadczenia, na podstawie znaczeń słów i na podstawie
wnioskowania z tamtych zdań — rozszerzają je o akt wiary (fideizm) lub o przeżywanie
doznań religijnych (empiryzm religijny).
Dla fideisty podstawą uznania naczelnych zdań religii
(nie ma tu znaczenia, czy fideista traktuje tezę teizmu jako naczelne zdanie
religii, czy jako zdanie, które wyprowadza z naczelnych zdań religii) jest akt
wiary. Fideizmu są dwie odmiany. Fideizm bezpośredni gruntuje tezę teizmu na
akcie wiary w Boga: istnieje Bóg, bo ja w niego wierzę; fideizm pośredni zaś
gruntuje ją na akcie wiary w słowo Boga: istnieje Bóg, bo mówi mi, że
istnieje.
Do odparcia fideizmu bezpośredniego, czyli do odrzucenia
jego propozycji rozszerzenia pojęcia uzasadniania, nie wystarcza obiegowe
powiedzenie, że akt wiary niczego nie uzasadnia, a jest właśnie aktem wiary,
czyli przyjęciem czegoś do wiadomości. Fideista może bowiem odpowiedzieć,
że robi to, co robi: zmienia mianowicie pojęcie uzasadniania. Odtąd
uzasadnione są nie tylko zdania standardowo uzasadnione, lecz też zdania przyjęte
na mocy aktu wiary. Logiczne i pragmatyczne zarzuty, które stawiałem
zwolennikowi dyrektywy Jamesa jako narzędzia służącego wprowadzeniu tezy
teizmu, są tu bezsilne. Tamten występował na wspólnej ze mną płaszczyźnie
standardowego pojęcia uzasadniania, a chciał tylko znaleźć warunki pozwalające
uznawać, bez utraty tytułu do racjonalności, zdania standardowo
nieuzasadnione. Fideista natomiast zmienia płaszczyznę sporu, bo zmienia pojęcie
uzasadniania, a zachowuje pojęcie racjonalności — racjonalny jest ciągle
tylko ten, kto uznaje zdania uzasadnione, zaś zdania uzasadnione to zdania
uzasadnione standardowo lub fideistycznie. Jeśli w tym położeniu wyciągnę
ostatnie cielę z obory i spytam fideistę, na jakiej podstawie oddaje właśnie
tezę teizmu aktowi wiary, usłyszę, że jego akt wiary uzasadnia mu tezę
teizmu, a tym samym uzasadnia mu to, że mają właśnie mocą aktu wiary
przyjmować, skoro w ten sposób dostaje tezę uzasadnioną.
Fideiście trzeba więc powiedzieć coś innego. Trzeba i wystarcza powiedzieć mu, że za pomocą aktu wiary niczego nie przyjmujemy do
wiadomości. Akt wiary to wprawdzie postawa wobec zdań, lecz nie jako nośników
informacji, ale jako wyrazów pragnień, nadziei, oczekiwań itp., czyli jako
wypowiedzi wyrażających postawy wobec stanów rzeczy, których opisami są
dopiero zdania nośniki informacji. Akt wiary nie dlatego nie daje uzasadnienia
zdaniu, w które wierzymy, że nie należy do środków uzasadniania
przewidzianych przez standardowe pojęcie uzasadniania — fideista może, jak
widzieliśmy, bez obrazy racjonalności odrzucić to pojęcie — lecz dlatego, że
zdania jako nośnika informacji nie dotyczy. Zdanie informuje mnie tylko wtedy,
gdy wiem, co występuje w świecie, jeśli jest ono prawdziwe. Z tego natomiast
wynika, że wiem to tylko wtedy, gdy potrafię odróżnić stan rzeczy, przy którym
moje zdanie jest prawdziwe, od tego, przy którym jest fałszywe. Akt wiary
tymczasem ani nie wystarcza, ani nie jest do takiego odróżnienia potrzebny. A bez możliwości takiego odróżnienia zdanie nie jest nośnikiem informacji, bo
nie powiadamia o stanie świata, czyli o tej właśnie różnicy, jaką wnosi w świat prawdziwość mojego zdania. W akcie wiary nie odnosimy się zatem do
zdania jako do opisu świata, lecz jako do wyrazu pragnienia, a raczej to akt
wiary jest wyrazem pragnienia. „Wierzę w Boga" to tyle, co: "Pragnę, by
było tak, jak głosi zdanie: "Bóg istnieje"". Czy natomiast Bóg istnieje — na ustalenie tego nie mam sposobu, dopóki poprzestaję na akcie wiary, bo gdy
na nim poprzestaję, poprzestaję na pragnieniu. Pragnienie zaś nie dlatego nie
służy za dowód na to, że jakoś jest, iż jest dowodem niemieszczącym się w standardowym pojęciu uzasadniania, lecz dlatego, że ma się nijak do tego,
jak jest. Ma się natomiast jakoś do stanu naszych przeżyć, bo je wyraża.
Widać to — to, że przekonanie bez uzasadnienia sprowadza
się do uczuć, którymi darzymy nasze wyobrażenia — w ujęciu aktu wiary, które
znajduję u współczesnego fideisty. Wprowadza on znane rozróżnienie między
wiarą, że Bóg istnieje, a wiarą w Boga. Pojęcie wierzenia, że Bóg
istnieje, uderza go przy tym jako problematyczne. Utrzymuje, że gdyby
„wierzenie, iż Bóg istnieje", było logicznie niezależne od naszych
postaw wobec Boga (gdyby w szczególności tych postaw za sobą nie pociągało),
byłoby bezwartościowe. Byłoby bezwartościowe — dodam — bo nie byłoby
takiego wierzenia.
Jeśli bowiem przyznajemy, że „bodaj nie mamy żadnego
wyraźnego pojęcia racji, podstaw czy świadectw przemawiających na rzecz
takiego wierzenia", zaś „argumentowanie na rzecz istnienia Boga to działalność, w trakcie której tworzymy [jej — B.C.] reguły, kierując się naszymi skłonnościami" — jeśli się na to godzimy, to pozostają nam tylko postawy wobec naszych
wyobrażeń Boga, „obejmujące nie tylko ufność, lecz też strach, przerażenie,
konsternację, złość, a może nawet nienawiść". W tej sytuacji nie
dziwota, że (deistę cieszy odpowiedź na pytanie: „Skąd jednak wiesz, że Bóg
istnieje?", której pytającemu udzielił pewien filozof. Odparł mu
mianowicie: „Wiem, bo powiedział mi to ojciec!". Gdy domagamy się
uzasadnienia, uznajemy tę odpowiedź — tak jak uznał ją początkowo nasz
fideista — za absurdalną. Gdy natomiast nie „wiemy, na czym polegałoby
uzasadnienie" wierzenia w Boga, a przy tym widzimy, że „spory o podstawy
wierzenia, iż istnieje Bóg, kończą się zazwyczaj frustracją", owa
odpowiedź jawi się nam jako trafna i pomysłowa. Ojciec mógł mu przecież
przekazać swoje wyobrażenia i postawy, które owe wyobrażenia w nim budzą.
Musi to wystarczyć synowi, którego nic innego w tej materii nie oczekuje.
Syn ów (by przyjrzeć się jeszcze pojęciowej stronie
jego położenia, której poświęciłem główną część tej książki) -
czy, co na jedno wychodzi, nasz fideista — nie może mieć jednocześnie dwóch
następujących rzeczy. Nie może mieć pojęcia Boga bez pewnych przekonań — wie o tym, bo przyznaje: "muszę mieć jakieś przekonania"
dotyczące Boga, by „moje pojęcie Boga miało jakąś treść" — a zarazem mieć go przy dowolnych przekonaniach. Chciałby tymczasem mieć
oba dobra: pojęcie Boga i dowolne przekonania. Mówi bowiem, że „częścią
mojego pojęcia Boga może być na przykład przekonanie, że wiara w Boga
spowoduje, iż ta góra rzuci się w morze (Mk 11, 23-24). Czy jednak, jeśli góra
nie poruszy się, będę wnosił, iż owo przekonanie jest fałszywe, czyli że
Bóg nie istnieje? Nie musi tak być. Mogę przecież wnioskować, że moja
wiara nie jest dostatecznie silna. Gdybym tak wnioskował, czy świadczyłoby
to, że nie jestem naprawdę przekonany, iż wiara przenosi góry? Przeciwnie.
Mogę podtrzymywać owo przekonanie w taki sposób, by żaden fakt doświadczenia
nie mógł go sfalsyfikować" (N. Malcolm).
Nikt jednak nie może mieć dowolnych przekonań, nikt więc, z fideistą na czele, nie może mieć pojęcia Boga. Chyba że zgodzi się na
poddanie tego pojęcia kontroli doświadczenia — a więc włączy je do zasobu
swoich pojęć tylko przy pewnych, nie zaś przy dowolnych przekonaniach — czyli
zgodzi się na utratę religijnego „pojęcia" Boga.
Człowiek religijny chce jednak — a fideista chce tego z uznania godną otwartością — wyłączyć pojęcie Boga spod kontroli doświadczenia, a przekonanie o istnieniu Boga spod kontroli uzasadnienia.
Może to zrobić i robi to. Nie może tylko, dokonawszy
tego, mieć pojęcia Boga ani przekonania o istnieniu Boga. Nie ma
bowiem żadnego pojęcia, gdy nie wiadomo, co w świecie jest inaczej, jeśli ma
ono egzemplifikację; i nie ma żadnego przekonania, gdy nie wiadomo, co w świecie
jest inaczej, jeśli jest ono prawdziwe. Tego zaś i w jednym, i w drugim
przypadku nie wiadomo.
Fideista nie może więc wprowadzić mocą aktu wiary tezy
teizmu, bo go akt wiary z tezą teizmu w ogóle nie komunikuje — komunikuje go z pragnieniem, by było tak, jak głosi teza teizmu. Od tego zaś, że fideista
czegoś pragnie, nic się nie zmienia w położeniu tezy teizmu. Miało się
natomiast zmieniać: za dotknięciem aktu wiary miała stawać się tezą
prawdziwą.
Weźmy jeszcze fideizm pośredni — to fideizm tych, którzy
wierzą, że istnieje Bóg, bo wierzą, że Bóg im to mówi w swojej księdze
objawionej lub ustami swoich przedstawicieli. Postępowanie to prowadzi jednak
do trudności, którą dawno zauważono: „I jakkolwiek niewątpliwie jest
prawdą, że należy wierzyć w istnienie Boga, ponieważ uczy tego Pismo św., i na odwrót należy wierzyć Pismu św., ponieważ mamy je od Boga… nie można
jednak przedkładać tego niewierzącym, gdyż sądziliby, że to jest błędne
koło" (Kartezjusz).
Gdyby zaś wierzący lekceważyli to błędne koło lub
wskazywali jakiś sposób złamania go, wystarczy przypomnieć, że wierzenie -
niezależnie od tego, jakie inne wierzenia mu towarzyszą — nie dotyczy
istnienia Boga, lecz pragnienia, by Bóg istniał — jest tym pragnieniem.
Fideista nie zmienia więc pojęcia uzasadnienia tezy
teizmu, bo do niej nie dociera, mówiąc dokładniej: nie dociera do niej
zalecane przez niego rzekomo poznawcze postępowanie. Wnosi natomiast fideista
coś nowego do zasobu postaw wobec tezy teizmu — pragnienie, żeby była
prawdziwa.
A oto kolejna propozycja zmiany pojęcia uzasadniania tezy
teizmu — propozycja rozszerzenia jej uzasadnień o doświadczenie religijne. Wyróżnię
dwie odmiany empiryzmu religijnego, czyli poglądu, że istnieje doświadczenie
religijne i że stanowi podstawę wiarygodności tezy teizmu, bo ukazuje nam bóstwo
lub jakieś stany rzeczy, od których dochodzimy do bóstwa. Wyróżniam
religijny empiryzm w sensie szerszym i w sensie węższym lub — stosując
wygodniejsze, choć swobodne i niebezpieczne nazewnictwo — panteistyczny
empiryzm religijny i teistyczny empiryzm religijny.
Niech następujące wypowiedzi wyrażają panteistyczny
empiryzm religijny. „Doświadczenie religijne w sensie szerszym" to
„poczucie dotyczące obecności w świecie pewnych doniosłych, choć trudno
uchwytnych wartości — poczucie "świętości" świata, jego „ukrytego sensu",
poczucie „gruntu", „drugiego planu" istnienia itp.", a „przeżycia składające
się na to, co nazywamy doświadczeniem religijnym" są przeżyciami wartości,
metafizycznymi przeżyciami wartości, te zaś, mimo emocjonalnego charakteru,
stanowią „szczególny rodzaj przeżyć poznawczych" i odsłaniają przed
nami szczególny rodzaj wartości, których przykładem może być świętość".
Oto zaś wypowiedzi, które mam za wyraz teistycznego
empiryzmu religijnego. "Czymś pierwotnie danym i nie dającym się z niczego wywieść jest… sfera fenomenów, które wyłaniają się przed duchem w akcie religijnym, sfera tego, co boskie i czegoś w ogóle w niej
rzeczywistego", zaś "z istnienia aktów religijnych w duchu człowieka
można wnioskować o istnieniu Boga", bo „tylko coś istniejącego
realnie, mającego istotowy charakter tego, co boskie, może być przyczyną
religijnej skłonności człowieka", a więc "przedmiot aktów
religijnych jest zarazem przyczyną ich istnienia" (Max Scheler).
Odruchowo pytamy w tej sytuacji, na jakiej podstawie
autorzy tych oświadczeń wnoszą, że świat jest święty lub że istnieje Bóg.
Jaka reguła wnioskowania czy jaka teoria pozwala im przechodzić od poczucia świętości
do istnienia świętości lub wnioskować o istnieniu Boga z istnienia
religijnej skłonności człowieka? Najmocniejsza odpowiedź, jaką otrzymamy na
te pytania, głosi, że przy zwykłym doświadczeniu wnioskowania prowadzące od
istnienia doświadczeń do istnienia ich przedmiotów są zawodne, a nawet — bez
znacznych wzbogaceń baterii przesłanek — nieuprawnione, natomiast doświadczenie
religijne ma osobliwą moc uwiarygodniania tezy teistycznej. Odpowiedź ta
realizuje figurę, którą wielokrotnie już spotykaliśmy: jest przydatna do
obrony poznawczej wartości doświadczenia religijnego, pod warunkiem że
uznamy, iż ma ono wartość poznawczą, czyli pod warunkiem że uznamy, iż doświadczenie
religijne świadczy o tym, że istnieje Bóg. Jeśli Bóg istnieje, to doświadczenie,
które wzbudza, niezawodnie świadczy o jego istnieniu.
Możemy jednak zrezygnować z odruchu i nie kłopotać
empirysty religijnego pytaniami o wydajność poznawczą jego doświadczenia.
Jego kłopot jest bowiem prostszy i wcześniejszy, a polega zwyczajnie na
nieodzowności powiedzenia, które doświadczenia są doświadczeniami
religijnymi, zanim się je wprowadzi do zasobu środków uzasadniających tezę
teizmu. Widzieliśmy jednak, że nie potrafi on wskazać doświadczeń
religijnych, że próba utworzenia pojęcia doświadczenia religijnego kończy
się niepowodzeniem. Ani przez analogię do świeckiego doświadczenia, ani
przez cofanie się do tego, co doświadczenie religijne poprzedza, ani przez
wybieganie ku temu, co po nim następuje, nie udaje się znaleźć definicji
pozwalającej wyróżnić wśród naszych doświadczeń doświadczenie
religijne. Nie potrafimy dokonać tego inaczej, niż angażując, w ten lub inny
sposób, zdania religii, dla uzasadnienia których powołujemy przecież doświadczenie
religijne.
Pytanie o wartość poznawczą doświadczenia religijnego
jest więc przedwczesne tak długo, jak długo nie wiemy, o czego wartość
poznawczą pytamy. Daremny jest też trud wzbogacania naszych mocy poznawczych o doświadczenie religijne, dopóki nie wiemy, o co je wzbogacamy. Tego zaś — jeśli
trafna jest moja krytyka prób budowania pojęcia doświadczenia religijnego i diagnoza, że praca ta jest syzyfowa — nie wiemy.
G. Słowo psalmisty
Teza teizmu jest tedy bezzasadna, religia jest więc
bezzasadna, bo teza takiego czy innego teizmu stanowi sedno doktrynalnego
rdzenia religii, czyli jej dyskursu teologicznego — ludzie czemuś przypisują
istnienie i ład świata, do czegoś się modlą, czemuś oddają się w opiekę,
coś darzą czcią. Tego jednak, że to coś istnieje, nie wiedzą. Nie wiedzą
tego nie w ten często w życiu umysłowym spotykany sposób — że nie mają
pewności i brak im racji dostatecznych. Nie wiedzą, bo nie mają żadnych
racji, tych zaś nie mają nie tak, że ich jeszcze nie zgromadzili, lecz tak,
że nie mają sposobu, by je gromadzić. Standardowe bowiem sposoby
uzasadniania, czyli gromadzenia i organizowania danych za czymś przemawiających,
są, jak widzieliśmy, zasadniczo nieskuteczne — niezależnie od tego, jakie
dane zgromadzimy, tezy teizmu nie otrzymamy.
Próby zaś unieważnienia fiaska standardowych metod
uzasadniania tezy teizmu za pomocą zmiany zakładanych przez tę metodologię
pojęć racjonalności i uzasadniania kończą się, jak widzieliśmy, tym samym — fiaskiem. Jeśli idziemy na taką przebudowę pojęcia racjonalności, która
umożliwia uznanie tezy teizmu bez dania racji, to pozwalamy sobie na wszystko
albo manifestujemy pragnienia zamiast przekonań. Jeśli zaś wzbogacamy pojęcie
uzasadniania tak, by uzasadnione było to, w co wierzymy, i to, za czym stoi doświadczenie
religijne, to odcinamy sobie dostęp do tezy teizmu — bądź dlatego, że wiara
nie jest obcowaniem z tezami, lecz z pragnieniami, bądź dlatego, że za pomocą
me wiadomo czego nie sposób do niczego przystąpić.
Koncesja, którą przyznałem teiście — że rozumie swoją
tezę — niewiele więc mu daje. Iluzoryczna to koncesja, skoro po przyznaniu jej
wychodzi na jaw, że choćby teista potrafił z niej skorzystać, nie jest
koncesją na tezę. Nie jest nią w każdym razie dopóty, dopóki nie chcemy
nazwać tezą czegoś, czemu nie potrafimy przypisać prawdziwości.
Zagadkowe słowa psalmisty: Świadectwo Pana niezawodne — poucza prostaczka, są więc błędne, gdy sądzimy, że świadectwo Pana
niezawodnie poucza nawet prostaczka. Słuszne są bowiem, gdy mówią, że
świadectwo Pana poucza tylko prostaczka — który nie zauważył, iż nie
ma świadectwa Pana.
Footnotes: [ 1 ] Chodzi o przymiotniki przypisujące przedmiotom własności, by tak rzec, bez ograniczeń. Mówienie za pomocą takich przymiotników prowadzi do paradoksów. Mówienie za pomocą takich przymiotników o Bogu - a uniknąć ich nie można, skoro Bóg jest "bytem absolutnym" - prowadzi do paradoksów, których przykładem jest wielowiekowy paradoks kamienia. Dochodzi do niego gdy wypowiadamy z pozoru niewinną alternatywę: Bóg albo może stworzyć kamień, którego nie może podnieść, albo takiego kamienia stworzyć nie może. Paradoks ten analizuje i proponuje jego rozwiązanie C. Wade Savage; zob. jego artykuł "Paradoks kamienia", przeł. Tadeusz Baszniak, w: Bohdan Chwedeńczuk (red.), "Filozofia religii", ss.183-189 [ 2 ] Zob. J.H. Newman, "Logika wiary", przeł. Paweł Boharczyk, Pax, Warszawa 1989, s.93 [ 3 ] Zob. mój "Wstęp" do antologii: B. Chwedeńczuk, Filozofia religii, s.14 |