Na ruiny zamku dotrzeć było nie sposób. Nie dlatego, że dostępu broniły jakieś ogrodzenia, zasieki czy nieprzebyty gąszcz zarośli. Fosa była płytka i zarośnięta trawą, w murach ziały ogromne szczerby, w niektórych miejscach sięgające do samego gruntu. Brakowało jakichkolwiek strażników, stróżów, czy choćby tabliczek zabraniających wstępu. Zamek leżał co prawda na względnym odludziu, na niskim wzgórzu otoczonym głazowiskami, moczarami, nieużytkami i skałami-ostańcami, i od dawna nie prowadziła do niego żadna droga, ale w odległości kilkunastu kilometrów leżało kilka ubogich wsi, a do najbliższego miasteczka było około trzydziestu kilometrów. A jednak od niepamiętnych czasów nikt w obręb ruin nie wszedł — ot, żeby chociaż spenetrować je ze zwykłej ciekawości, podszytej żyłką romantycznej przygody. Nie odwiedzali zamku poszukiwacze skarbów, włóczędzy, ekscentryczni bogacze zainteresowani renowacją z przeznaczeniem na reprezentacyjną siedzibę, bezrobotni w sezonie ogórkowym, dziennikarze lokalnych gazet lub amatorzy wakacji z duchami. Milczały o nim wszystkie przewodniki turystyczne.
Ale nawet to nie tłumaczy faktu kompletnego ignorowania zamku przez ludzi. Wydawał się on tak bardzo nieatrakcyjny i uboczny, jakby zawierał się w tym jakiś celowy zamysł. Nawet jeśli przypadkiem zabłąkany podróżny zdecydował się przyjrzeć ruinom nieco dokładniej, zbliżywszy się do nich ulegał ospałości i odpływowi energii, zmieniał decyzję uznając przedarcie się przez, w końcu dosyć rzadkie i niskie, zarośla za niewarte wysiłku. Czasami uwagę wędrowca odwracało coś atrakcyjnego, jak na przykład piękny krajobraz w oddali oświetlony znienacka przez wyzierające przez wyrwę w chmurach słońce, albo też rzadki okaz zwierzęcia lub ptaka umykający w przeciwnym kierunku, w wyniku czego zwracał on swe kroki w tamtą stronę. Zdarzało się, że zdeterminowany na odwiedzenie zamku przechodzień potknął się lub poślizgnął na skale, przez co dotkliwie stłukł sobie kończynę i był zmuszony do odwrotu. Nigdy jednak, nawet po nieszczęśliwym upadku z wysokości kilku metrów, nikt nie doznał poważniejszego uszczerbku na zdrowiu, nie mówiąc już o utracie życia. Ludzie bynajmniej nie znikali tajemniczo i bez śladu na zamku lub w jego najbliższych okolicach. Po prostu, całkiem prozaicznie, nikt nie miał jakoś ochoty powrócić i spróbować spenetrować ruin jeszcze raz. Z rzadka i zdecydowanie niechętnie wspominano o niezrealizowanej eskapadzie na zamek przyjaciołom i znajomym, a jeżeli już, to jakby wstydliwie i w sposób nie powodujący u nich chęci do podjęcia własnej próby odwiedzenia warowni. Krótko mówiąc, choć zamek z pewnością znajdował się w konkretnym miejscu i czasie, świat praktycznie nie był świadom jego istnienia, a te nieliczne osoby, które miały z nim jakąkolwiek styczność, szybko o nim zapominały i usuwały z kręgu swoich zainteresowań. Nie figurował także na mapach — żaden znak nie występował na nich w obrębie monotonnego obszaru zajmowanego przez nieużytki. Kartograf, który sporządzał plany okolicy, z jakichś powodów zignorował ruiny, zapewne w wyniku wrażenia ich podupadłości lub ogarniającego go roztargnienia. Zresztą, nawet gdyby chciał uwzględnić zamek, nie miałby jak go oznaczyć — nikt nie byłby w stanie podać jego nazwy, o ile takowa w ogóle istniała. Nieliczni z okolicznych wieśniaków potrafili jedynie niechętnie bąknąć coś o „jakichś ruinach”, a reszta nie miała na ten temat nic do powiedzenia. Wiadomo zaś doskonale, że najpewniejszą metodą na strącenie czegoś w otchłań niebytu jest odebranie temu czemuś nazwy. W pewnym sensie można by powiedzieć, że zamku prawie zupełnie nie było, że obszar jego styku z naszą rzeczywistością był bardzo ograniczony. Im większy wysiłek włożyło się w dostanie się na teren zamku, z tym większą siłą przeciwstawiał się on wtargnięciu, choć opór ten nie miał charakteru fizycznego. Działało to w obie strony. Nikt ani nic nie wydostało się z obrębu ruin do otaczającej je przestrzeni. Kto wie, ile jeszcze takich zamków istnieje na świecie? | |
Original.. (http://therationalist.eu.org/kk.php/s,6252) (Last change: 14-12-2008) |