— Po pobycie w Stanach wydał Pan tylko zbiór szkiców. Nie zafascynowała Pana Ameryka? - Bynajmniej… W Stanach byłem parę miesięcy na przełomie 1990/91 roku. Na moich oczach George Busch (starszy) rozpoczął pierwszą wojnę w Zatoce Perskiej, widziałem migawki w amerykańskiej TV oraz reakcje widzów i byłem zniesmaczony, zarówno cynizmem, jak i nikłą skalą protestów. Na Harvard Sq. wyszło zaledwie około 20 studentów, protestujących przeciw agresji amerykańskiej. Ot, hippisowski happening. Także już wtedy Stany przodowały w tym, co dzisiaj nazywa się „konsumeryzmem", ten nadmiar wszystkiego mnie poraził. Z tamtych czasów Ameryka kojarzy mi się z tłuściochem. Idąc, przelewa sadło z nogi na nogę. — Jadąc do Rosji, a dokładnie na rosyjską Północ, szukał Pan nowych wrażeń, czy raczej ciszy i odosobnienia? — Najpierw ciszy i spokoju, bo przyjechałem na Sołowki prosto z wojny w Abchazji. Można powiedzieć, że chłodem Północy zamierzałem ostudzić emocje Południa. Wrażenia, a zwłaszcza refleksje przyszły potem. — Czy dużo Pan czytał o Rosji przed wyjazdem do tego kraju? Ile te opracowania miały wspólnego z rzeczywistością? — Jako filolog polski miałem oczywiście jakieś pojęcie o literaturze rosyjskiej, ale do przyjazdu do Rosji znałem ją wyłącznie z przekładów. Natomiast opracowania o Rosji… Bo ja wiem, raczej nie. Proszę pamiętać, że w czasie mojej młodości opinię o Rosji kształtował TPPR, czyli Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, natomiast z domu rodzinnego wyniosłem wszelkie antyrosyjskie fobie, bo moich dziadków Armia Czerwona wygnała ze Lwowa, pozbawiając ich dziedzictwa wielu pokoleń. Słowem, moją opinię kształtowały dwa rodzaje stereotypów: klisze komunistycznej propagandy i tradycyjne polskie uprzedzenia. — Jak
odbierano Pana jako Polaka w Rosji i na Północy? — Co przeciętny Polak wie o Rosji? Jakie istnieją stereotypy? Czy udało się Panu swoimi książkami przełamać stereotypy myślenia o tym kraju? - Przeciętny Polak wie o Rosji najlepiej ze wszystkich! Pamiętam, jak pierwszy raz po pięciu latach życia w Rosji przyjechałem do rodziny na święta. Zebraliśmy się przy stole i po pierwszym toaście padło pytanie: jak tam w Rosji? Nie zdążyłem ust otworzyć, gdy moja ciocia, która w latach 70. była na dwudniowej wycieczce w Leningradzie, zacietrzewiła się, że w Rosji brud, smród i wóda, a kiedy zaoponowałem, inni podjęli wątek i do końca wieczoru już mnie do głosu nie dopuścili. Polskich stereotypów na temat Rosji jest cała masa, ich omówienie to temat na osobną książkę, dlatego nie ma co się teraz zagłębiać w to trzęsawisko… A czy udało mi się przełamać swoimi książkami? Hm, sądzę, że przynajmniej niektóre — tak. Zwłaszcza w głowach młodego pokolenia. — Czy można pojąć Rosję rozumem? Czy jeden naród może zrozumieć drugi? — A czymże innym pojmujemy rzeczywistość, jeśli nie rozumem? Sercem możemy pokochać lub znienawidzieć, nogami — przejść, wątrobą — odczuć… Aliści pojąć możemy tylko rozumem! Pod warunkiem, że przeżywamy to, co staramy się pojąć. Piszę teraz książkę o Labradorze, w której rozmyślam na temat różnic pomiędzy włóczęgą i turystyką. Otóż jedną z zasadniczych różnic jest sposób oglądania świata. Turysta patrzy na świat z zewnątrz, a włóczęga od środka. Mircea Eliade twierdził, że aby ujrzeć świat od wewnątrz, należy go przeżyć. Jestem zdecydowanie po stronie włóczęgi… Żeby zrozumieć Innego, trzeba się opróżnić do głębi z własnych przesądów i racji. To jak ze szklanką, aby spróbować nowego wina, należy dokładnie ją umyć, by była czysta i sucha, tylko wtedy naprawdę nowy bukiet poczujemy w pełni! — Czy Polska wybrała słuszną drogę, odcinając się od Rosji i zbliżając do Zachodu? - Absolutnie nie! Mój mistrz Jerzy Giedroyc zawsze twierdził, że Polska powinna być mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. A Polacy od wieków siedzą na przedmurzu… Ten mur wrósł im w um. — Próbuje Pan ratować słowa, które jeszcze niedawno żyły w polszczyźnie. Czy mają one szansę wobec napływu anglicyzmów? — Ot, tylko co użyłem słowa „um". Niektórzy skoczą mi do gardła, że to rusycyzm. A ja mogę ich odesłać do Słownika języka polskiego Witolda Doroszewskiego, gdzie stoi czarno na białym, że w dawnej polszczyźnie „umem" nazywali rozum, rozsądek i umysł. Uma używał Kniaźnin i Czartoryski. Tak, bliższy jest mi staropolski um niźli angielski mind. A czy stare polskie słowa mają szansę wobec napływu anglicyzmów? Jeśli choć parę uratuję, to już będzie coś. — Pewnie Pan na tyle opanował język rosyjski, że już myśli w nim. Czy próbował Pan pisać w tym języku? — Owszem, próbowałem. I dalej próbuję, bo właśnie przekładamy z żoną „Dom nad Oniego" na język rosyjski, ale w gruncie rzeczy jest to pisanie od nowa — po rusku. — Trafiał Pan tam, dokąd nie docierają nawet rosyjscy dziennikarze. Jak Panu to się udaje? — To kwestia fartu, czasem zbieg okoliczności. Nigdy nie zakładałem sobie z góry, że dokądś muszę dotrzeć. Tropa sama mnie prowadzi… — „Domem nad Oniego" zaczął Pan cykl, który się nazywa „Dziennik Północny". Ukazała się już książka „Tropami rena". Czy następna będzie o Pietrozawodsku i o wyprawie na Labrador śladami Kennetha White’a, autora Niebieskiej drogi? Czy będą kolejne tłumaczenia na język rosyjski? — Jak już wspomniałem, tłumaczę „Dom nad Oniego" dla Iwana Limbaha, który zamierza też wydać „Tropami rena". Co do następnych książek, to najpierw je trzeba napisać. — Czym Pana przyciąga Północ? Dokąd teraz zmierza Pańska wilcza tropa?
*Na zdjęciu: Mariusz Wilk na jachcie w porcie Triestu, listopad 2008.
Autor Natasza Wilk Wywiad ukazał się pierwotnie w Numerze specjalnym: Dzień Polonii i Polaków | |
Original.. (http://therationalist.eu.org/kk.php/s,6984) (Last change: 03-12-2009) |