Poniższy tekst pochodzi z roku 1929 i jest bezkompromisowym i konstruktywnym atakiem Stanisława Szukalskiego — wybitnego polskiego artysty — na aktualny stan polskiej sztuki a zwłaszcza na system akademickiego kształcenia twórców. Akademiom Sztuk Pięknych artysta przeciwstawia projekt Twórcowni, której przewodzi Mistrz. Grupa studentów krakowskiej ASP, która wyraziła manifestacyjne poparcie dla poglądów Szukalskiego została za to relegowana z uczelni. Z ich udziałem Szukalski tworzy w roku 1929 „Szczep Rogate Serce", nową kuźnię artystyczną. Naczelnym postulatem tego ugrupowania było odcięcie się od wpływów Zachodu i nawiązywanie w sztuce do słowiańskich korzeni. SKRÓT TREŚCI:
* Estetycznego dorobku kultury polskiej jeszcze mianować nie można Sztuką Polską, bo nie mamy stylu uswojonego, któryby można nazwać polskim. Talenty poszczególnych twórców: Matejki, Malczewskiego, Wyspiańskiego nie pozostawiły stylistycznych spadkobierców czy naśladowców, wypowiadających się jakimś pokrewnym sposobem podchodzenia do formy lub jej przetłumaczenia.
Dotąd mieliśmy sztukę w Polsce, lecz Polskiej Sztuki jeszcze nie było, chyba że zwrócimy się twarzą do naszej zapomnianej, czy może jeszcze niepoznanej matki, sztuki ludowej. Mamy zabytki piękne, czasem rzadkie w swej muzealnej jakości, lecz wszystko to zrobione dla nas przez obcych, lub obcą krwią przeżylone. Jesteśmy, jak byliśmy dawniej, zbyt mało dorośli jako społeczeństwo, by móc widzieć wartość w żywicy naszej rasy, tryskającej sztuką ludu, bardziej łaknęliśmy łatwo nabywalnej kultury cudzych dorobków, pudrowanych peruk, lakierowanych trzewiczków, gorsetów elegancji ludów przeżytych, aniżeli uwolnienia dobijającego się ducha swojej rasy, by wypuścić go z podziemi naszej podświadomości. Ten duch zagnany pod ziemię w dniach pierwszych naszego chrześcijaństwa, był każdorazowo na nową kłódę zamykany, podczas gdy nowy obcy styl robił swe modne najazdy na polską kulturę, a klucz od tej kłódy zabierał ten kraj, skąd przybyła nowa modna zaraza.
Ciągłość fizycznego pokrewieństwa sztuki, to jest stylu, jest istotą wpływowości sztuki narodowej, dzielnicowej czy geograficznej. Przy dzisiejszym duchu demokratyzacji każdy drobny duch pragnie zadać „kłam" zarzuconej mu klasyfikacji, że jest jednym z bardzo wielu, więc zdradza się w paradoksalnej gonitwie za demonstrowaniem swojej inności, zapominając, że to słowo niekoniecznie jest wystarczającym dokumentem jakościowego indywidualizmu. To też charakterystyczną cechą ostatnich trzech pokoleń jest dążenie do „inności" stylu. Zapominają, że łatwo jest zmienić ubiór, i tem łatwiej, jeżeli w ich pracy niema żadnej treści. Wtedy ubiór, czyli ta inność stylu, jest już dla nich wystarczającą treścią. Tak zwana dzisiejsza sztuka, produkt Francji, jest niczem innem, jak gonitwą ludzi bez treści człowieczej w sobie, wyniesionych przez wykształcenie, walczących między sobą o inność, to jest o upewnienie się w swej paranoicznie zdobytej chęci wierzenia, że mimo własnej wiary są inni jeden od drugiego, a zatem może indywidualnemi istotami.
Czyż można się dziwić, że będąc masą wielotysięczną (na wystawę paryską w Grand Palais nadesłano na jedną wystawę aż osiem tysięcy prac) mają inne niż ludzie twórczy pobudki i inne cele zdążając ku nim drogą sztuki i głosząc wielotysięcznemi gardłami ilościowości swojej swe przykazania, swoje katechizmy? Jednocześnie podstępnie szerząc propagandowo teorje wielorakie, płodne jak śledzie, rozgłaszając „izm" za „izmem", wyrywając sobie kawał chleba prozaicznego dorobku wszelkiemi metodami, lecz mimo to zgadzających się na jednym i to kardynalnym punkcie: „Precz z twórczością, bo ta nas może tylko zgubić! Inność formy możemy zawsze wymyśleć, lecz precz z treścią, jako celem sztuki! Powrócenie do twórczej sztuki położy koniec naszemu pasożytnictwu". Od kilkunastu lat obrzydzają nam ci zorganizowani rycerze łatwej inności, wszystko, cokolwiek ma element twórczości, sprytnie kpiąc z jego „literackości" — tak, że biedna publika już to samo powtarza, mimo że patrząc na obraz nie stawia go do góry nogami.
Przestańmy zniewalać ducha rasy do wchłaniania tchu starczych cywilizacyj, nie zanieczyszczajmy swych żył cudzą cieczą. Inną historję miała Francja, a inną my. Czas nadszedł, abyśmy, sięgając po cudzą kulturę nie tracili niepostrzeżenie własnej krwi, która na korzyść wychodzi tylko tym, co mieniliśmy ich naszymi rozjaśnicielami. Międzynarodowa wystawa sztuk dekoracyjnych w Paryżu w 1925 roku była właśnie metodą przenosu krwi twórczej „od barbarzyńców" do Paryża, żyjącego jeszcze w plotkach przeszłych pokoleń jako „centrum sztuki?". Kiwa się kultura Francji, a kiwa się z nią Pan Kiwacz, polski malarz, do swego klubu nihilacji twórczości polskiej polskich młodzieńców przywabiający. Apostoł niegodnej sprawy, marnujący jemu ufające i oddane przez społeczeństwo młode a nieświadome drogi talenty. Francja już sama nie wierzy w tę dwuwieczną bajkę o Paryżu jako ośrodku dzisiejszej kultury i sztuki, lecz ona milczy i miną nadrabia, boć najazd barbarzyńców z całego świata i jego ekonomiczne, a i polityczne dla niej znaczenie jest podstawą egzystencji Paryża, a w wielkiej mierze i Francji samej.
W prawach etyki i estetyki niema „ostatnich wynalazków", gdyż esencją są tu koncepcie. Jeżeli ostatnie wynalazki w „inności" technik malarskich przyciągają do Paryża młodych artystów, to jest to na skutek tradycji, która przez ich pedagogów lub rodziców ich tam wysyła. Tak, jak jest tradycją, że pies pierwej się musi obrócić kilka razy, by trawę udeptać, nawet jeżeli się kładzie spać na posadzkę. Starsze pokolenie jeszcze cierpi na te dawne przesądy o tem, jak to „talent nie może się rozwinąć bez cudownego wpływu Paryża". Profesorowie, mając „kulturę", radzą lub obiecują Paryż młodzieży nieprzewidującej ewentualnej zagłady ich cech narodowych i indywidualnych. Akademje nęcą stypendjami zagranicznemi i zachęcają do większego wysiłku, aby ukoronować „zadziwiające talenty" zawsze Paryżem. Czyż celem naszego wysiłku społecznego i jednostek utalentowanych jest służenie francuskiej kulturze? My możemy się chwalić Korzeniowskim, lecz przysporzył on wpływów kulturze angielskiej. Smutną prawdą jest, że Polsce więcej zawsze zależało na tem, że jakiś wielki człowiek był Polakiem, aniżeli na wyzyskaniu jego dorobku dla naszej narodowej kultury.
Z czego się składa tak zwana kultura profesora Akademji (nie mówię tutaj o wielkich artystach)? Jest to orjentowanie się w historji sztuki, monografjach i anegdotach o wielkich ludziach, a przede wszystkiem to, że studjował on „wszystko", co jest uznane za godne do poznania. A zatem zagłębił się w filozofję sztuki i o sztuce. Popularność książki jako środka komunikacyjnego kultury jest bardzo niedawną. Zaś popularne czytanie rozwinęło się od paru dziesiątek lat. Pisanie zaś o sztuce jest jeszcze późniejszem. Teoretyzowanie na temat sztuki zaczyna się (wiele znaczący symptom tęsknoty ku czemuś straconemu) dopiero paręset lat po śmierci renesansu, t. j. upadku wielkiej sztuki europejskiej. Narody europejskie coraz to pewniej wpadały w stan beztwórczości na polu sztuki, aż ostatnim symptomem tego upadku jest francuski łupież „izmów". Otóż ta sama estetyczna impotencja europejczyków wydawała z każdym stopniem końcowej bezproduktywności coraz to więcej teoryj o sztuce, jakby o raju straconym, mnożąc analizy, dedukcje, przepowiednie. Mnożyły się zastępy bezpłodnych teoretyków, manjackich adwokatów, anemicznych estetów, którzy się starali dać „inne" tory sztuce-lokomotywie, lecz zawsze zapominali o p a 1 i w i e, aby szła dalej. I tak jak stara panna, cierpiąca na chroniczną dziewiczość, dogmatyzowali o rodzeniu „nowej sztuki". Nie mając w sobie na tyle zdrowego rozsądku, by zrozumieć, że nie o n o w ą sztukę chodzi, lecz zwyczajnie o sztukę.
Z czasów wielkiej niewiary w siebie, kiedyśmy z zagranicy sprowadzali strawy kultury, któreśmy pożerali z owijką, przejęliśmy system pedagogiczny od ludzi i w czasach, kiedy sztuki już nie było między nimi. Zamiast sięgnąć do tych pierwotwórców sztuki, co tworzyli ją „na kolanie" i w umiłowaniu bez akademickich studjów, sprowadziliśmy sobie, jak gdyby słonia do zoologicznego ogrodu, profesorów, stoły dla modeli, cyrkle do pomiarów, sznurki z ciężarkiem dla znalezienia pionu i równowagi, trupy do sekcji anatomicznej, posadziliśmy naszych młodzieńców przed tem wszystkiem i po dziesięciu latach niecierpliwego wyczekiwania i pańszczyźnianych studjów spodziewaliśmy się pełnorosłych twórców.
Czyż nie widzicie, że ten system akademicki to jest droga nierzetelna dojścia do celu, wymyślona przez kulturę, która wcale sztuki nie wydała przez 400 lat? Czyż nie taką właśnie metodą chciałby dojść do celu ten, co przekonany jest, że w sobie twórczości nie posiada za grosz i stara się jednak swego celu dopiąć przez sekretne studjowanie z modeli w domu, przy zamkniętych drzwiach, by nagle po latach mozolnych studjów wyjść z ukrycia i udając dopiero-co urodzony genjusz, zajaśnieć jak żywy talent, któremu wszystko samo z siebie przychodzi? Jest to krótsza droga zdobycia zewnętrznych cech talentu, to jest zdobywalnej techniki. Jednak poza techniką trzeba coś jeszcze dać, otóż to „coś" jest sztuką, a składa się ono z sentymentu i koncepcji, dopiero zewnętrznie ze stylu i formy. Są dwie techniki, żywa i martwa. Pierwsza prawieczna, wyrosła z samoucznego wyrażania się ideograficznie osobistego prymitywu, dla wymodlenia swych uczuć, zaś druga, upokarzająco zdobyta mozołem pańszczyźnianych studjów i tropienia objektywnej rzeczywistości. Pierwsza wyrabia styl wprost od niechcenia, bez wyrafinowania — zbędnej intelektualizacji, druga jeszcze nienarodzony styl porania i skazuje niewolnika na galery wiecznej tułaczki po powierzchni objektywizmu.
Ja mówię, że dobry wózek wystarczy, lecz elementarną kwestją jest, co na ten wózek włożyć i obwozić. Otóż akademicki system ćwiczenia uczy robienia wózków, i stawia wózek za cel życia artysty. Ja zaś błagam, byście raz już przerwali ciągłość tej niszczycielskiej instytucji i zapoczątkowali metodę, która ćwiczy serce i myśl od pierwszego dnia, aby stworzyła coś, coby można na tym wózku wozić. Gdybyśmy jako naród mieli nawet dziesiątki wielkich artystów, miary Matejki i Malczewskiego, to i tak dopóki systemu akademickiego nie wyplenimy, dopóty Polskiej Sztuki nie będzie, i jak dotąd, będziemy mieli zaledwie sztukę w Polsce. Różnica jest wielka i zasadnicza. „Polska Sztuka" miałaby indywidualne cechy kultury narodu, jako wielokrotne powtarzanie charakteru zewnętrznego (styl) i przeciągła łączność między jednym twórcą a drugim mimo ich odrębności osobistych. Wpływałaby na otoczenie pozostawieniem wpływów swoistych po sobie. Jak jedno uderzenie w wodę sięga swemi kołami niedaleko od źródła poruszenia i zamiera przez styk z powierzchnią stojącą dalej nieruchomie, tak powtórzenie wielo-wielokrotne, a ustosunkowane zmusza zewnętrzne nieruchome horyzonty neutralności do przyjęcia drgań, to jest przyjęcia pulsu naszej kultury. Tak więc i artysta wielkiej miary nie może być zwany artystą polskiej sztuki, lecz zaledwie swojej prywatnej. Aby dany styl pozostał narodowym a zatem wpływowym jako promieniejący element naszej kultury, musi być uprawiany przez więcej aniżeli tylko jednego, choćby wielkiego twórcę, musi być zaczynkiem nowej tradycji, bo tylko to, co jest tradycją, jest narodowem czy miejskiem, stosownie od obszaru swego wpływu. Jeżeli „coś" jest uprawianem tylko przez Kraków, nazwiemy to krakowskiem, polskim zaś nie będzie nawet Matejko, jeżeli jego styl nie osiągnie swej supremacji na późniejszych i młodszych artystach.
Polską sztukę mogą zrodzić pracownie z majstrem pedagogiem, zaś nigdy akademje. W akademjach poza niszczycielskiem działaniem studjów z modeli wyrabia się to śmieszne współzawodnictwo w znalezieniu jakiejś innej formy jako swego herbu jakości osobistej. Dzisiejsza sztuka, dana nam przez byłych uczni akademickiego systemu, jest to targowisko paranoików obwożących swe puste wózki, zgiełkliwie okrzykujących inność swoich wehikułów, nic zaś nie mających do ofiarowania. Jeżeli spostrzeżemy nagle na horyzoncie pierwszego artystę architekta od 400-tu lat (nie inżyniera-budowniczego), to mimo że on może przynieść ze swojem urodzeniem nawet genjalne pomysły i style czystej a świeżej wody, to umrze jednak z nim jego styl, a Polska nawet się nie dowie, że miała w sobie twórcę polskiej architektury. Akademicko wylężeni plastycy mają zbyt mało twórczych zdolności by być skromnymi i każdy z nich cofnie rękę od pozostawionej stylistycznej spuścizny jak od gorącego żelaza. Jego „duma osobista" nie pozwoli na „poniżenie" się niesienia dalej wskaźni i dorobku wielkiego wymyśliciela. A przecież znacie dumę małych ludzi, znacie honorowość bezwartościowych ludzi broniących opinji o sobie drogą pojedynkową. Ich wartość jest zamknięta właśnie w tej „dobrej opinji" pozorami tylko wybudowanej, a nie w nich samych. Wolą ginąć dla tej reputacji. Cóżby oni przedstawiali za wartość, gdyby im ktoś ją skradł lub wystawił na deszcz?
Te ciągłe utyskiwania na metodę uczenia, co wpaja indywidualny sposób patrzenia majstra w ucznia, tak zwane „zabijanie indywidualności" jest przeważnie wypowiedzeniem lęku przez ludzi ilościowych, z wysiłkiem całej ich małostkowej dumy walczących o wyróżnienie się z przeciętności. W ich psychice troska o danie dowodów swej inności jest najświętszem przykazaniem życia. Prawie wszystkie życia przecierpiane przez nieutalentowanych ludzi, w najsmutniejszej biedzie, nibyto dla sztuki, są wypełnione tylko chęcią sztucznego udowodnienia swej inności i zaprzeczenie za wszelką cenę swej faktycznej przeciętności. A zatem straszny lęk przed uchwyceniem na „podobieństwie" w pracy choćby do prac najwspanialszych dzieł wielkich mistrzów. Ze wiele tysięcy tych przekreślonych talentów sili się malować a la Cezanne i jemu podobne nicości, powodem jest absolutny brak u niego stylu, gdyż tylko doskonałość odstrasza leniuchów od imitacji, a modernistyczna publika kupi, nie poznawszy się na plagjatach pseudo-pseudonieudolności. Te szmiry patologicznej kultury paryskiej mają swą zasługę w tem, że gdyby nie plaga przez nich od niechcenia zapoczątkowana, to te tysiące ludzi nierzetelnych musiałyby ciężką pracą zarabiać na życie. Wszakżeż jest przyjęte powiedzenie, że „tylko słabi ludzie naśladują", a zatem każda im słabsza osobowość, tem więcej się chroni, przestrzega i ucieka od czegokolwiek, coby było choć w cieniu dalszem prowadzeniem nadanego kierunku przez godnego naśladowania mistrza, aby tem dać dowód, że jest właśnie „silnym człowiekiem". Kilkanaście lat temu zaczęto mówić, że tylko ludzie bez talentu noszą długie włosy, że wielki człowiek nie potrzebuje tak łatwego sposobu udowadniania swej jakości i nagle! szukaj dzisiaj artysty z długiemi włosami! Im mniejszy talent, tem gładziej głowę goli, by dać dowód, że właśnie jest wielkim i indywidualnym, a nawet stara się w swej skromności być podobnym do otaczających go zwykłych śmiertelników. Pamiętajmy ciągle, że żyjemy w czasach demokratyzmu, że każdy osobnik ma możność być wykształconym i połknąć cały zasób filozofizmów luźnych i najcięższych w znaczenie wyrażeń, które używane często, a z gracją, nietylko, że z łatwością przemycają przeciętną umysłowość pod pokrywką inteligencji lub nawet mądrości przed naszemi oczyma i sądem, ale ewentualnie przekonują samą kontrabandę, czyli ich samych.
Świat literacko-pedagogiczny jest przeładowany teorjami o sztuce, o pedagogji i to właśnie przez tych ludzi „z paluszkiem do góry", tych inteligentnych istot jak gąbka wchłaniających i pamiętających wszystko bez zmysłu rozwartościowywania. Wszakże tylko inteligencją dysponują. Mnożą oni tysiączne gdakaniny, a ludzie młodzi rwący się do kultury wchłaniają te plećby „autorytatywne". Dzieła te są pisane przez ludzi, którzy nigdy poza swą gadaniną nic nie zdziałali, chroniczni laicy „umiejący na pamięć" wszystko to, co im mówiono, pisano, wiecznie prawiący tak, jak krytycy zawodowi, o danej dziedzinie roznosząc plotki niby komary zarazę. Jakżeż inaczej mogło się stać? Przysięgam wam, że im więcej jest człowiek kulturalnie oczytany w tym większym błędzie myśli mu się o sztuce i o tem, co jej lub nam potrzeba. Już pewniejsza byłaby droga na przekór im wzięta. Jeśli Europa przez 400 lat wcale wielkiej sztuki nie wydała, to napewno teoretycy-komary tej samej Europy jeszcze mniej są twórczymi teoretyzując, bo myśleć może tylko twórczy człowiek, zaś czczym inteligencjom zaledwie się myśli i to błędnie. Jedyną racją dla filozofji jest osiągnięcie najgrubszego kawałka tej łupinki szczęścia, dla nas samych. Zaś najszczytniejszym sposobem altruistycznego zużytkowania jej jest pedagogja. Najszczytniejszy, gdyż uczenie młodych jest wpajaniem prawd o treści życia w społeczeństwo. Praca to wielce odpowiedzialna, a w konsekwencjach rozrastająca się w sposób geometryczny. Najmniejsze przesunięcie promienia osi pedagogji przesuwa ducha w różne krainy apatji, materjalizmu lub entuzjazmu twórczego. Przypomnijmy sobie, że mur chiński nie na długo powstrzymał hordy mongolskie najeźdźców, zato wstrzyknięcie buddaizmu nomadom stepowym ubezwładniło ich wojny ducha. Pedagogja dotyczy nie nauk ścisłych, lecz ścisłości i doskonałości uczuć i myślenia. Zmieńmy nasze definicje zrewidowawszy je, a zdziałamy więcej, niżeli najkrwawszemi rewolucjami. Boć przecie rewolucje są dla zmiany definicyj. Zmieńmy błędne fundamenta naszych definicyj o sztuce, genjuszu, talencie i tradycji, a już mamy dzień pierwszy nowonarodzonej sztuki naszej i podniesiemy wielkość historyczną narodu. Zbyt mało jest ludzi twórczych między nami, a jeszcze mniej twórczych pedagogów. Za łatwo jest nam się mylić, gdy szukając ludzi mądrych bierzemy nie wiedząc, bezpłciowo inteligentnych. Tak, jak trudno jest zgadnąć, która pomarańcza ma ziarna w środku, a która ich nie ma, mimo że obie są krasego koloru. Wybrać mądrego człowieka jest łatwo tylko jednemu także mądremu. Lecz że ludzie nie znoszą, by co do ich inteligencji mógł sąsiad mieć pewne wątpliwości, więc każdy chce swój autorytet publicznie okazać przez głosowanie. Większość li tylko w oczach większości ma rację. Więc cóż za los czeka przyszłych twórców i artystów, jeżeli im się wybiera profesorów bez talentu pedagogicznego (mądrości filozoficznej, rozsądku i sympatji dla młodych). Zamiast jednego mistrza pedagoga, wybiera się głosowaniem ilościowem, a zatem przez ludzi do tego niekwalifikowanych, tuziny. Czyż można znaleźć tuziny filozofów, artystów, pedagogów, strategów i t.p. pierwomyślców? Czytać, pisać, rachować może uczyć byle kto, chemii i inżynierji budowniczej, konstrukcji armat, fortepianów, też byle kto, kto ma tę nauczalną naukę w głowie zakorkowaną. Lecz jak można wychować artystów, poetów, kompozytorów i pedagogów-filozofów oddając ich ludziom, może nawet pracującym w danej dziedzinie, lecz nie-myślicieli, nie urodzajnych indywidualistów i ludzi o dobrem sercu, lecz zaledwie oportunistów, zawistnych byłych smarkaczy siwowłosych, jak indory w tytanicznym wysiłku uginających się pod swą łatwo zdobytą „wielkością". Żyją oni zdaleka od swych uczniów, nie troszcząc się o rozwój twórczy wychowanków, bo na to potrzeba pedagoga-myśliciela, zaś krytykowanie akademickiego studjum nic nie potrzebuje, prócz uwag tresowanego technika, że „łokieć jest zadługi, tamto za to, a to za tamto".
W Indjach, rzeźbiarstwo i malarstwo jest zawodem, nie zaś sztuką, tak jak ciesielstwo lub krawiectwo i ściśle jest związane z kastą. Jeżeli tam przez szesnaście pokoleń każdy syn musi być dobrym rzemieślnikiem swego zawodu i posłusznie wypełnia ojca przykazania — jest dobrym rzeźbiarzem. Nie pytają się go, czy „ma talent", tak jak to my w europejskim laików poglądzie ciągle się pytamy. Prawimy o zdolnościach wrodzonych, przebieramy w talentach zgłaszających się do Akademji jak w gruszkach, a marnujemy pokolenie za pokoleniem, zwalając na tych biednych młodzieńców winę za naszą nieroztropność, winiąc ich i zarzucając im brak „iskry bożej". Gdy Karol Stryjeński [ 1 ] w Zakopanem przyjmował byle chłopca, a to 14-to letniego (a nie, jak w Akademjach, w wieku dojrzalszym) i w przeciągu roku lub trzech potrafił z każdego wypielęgnować talent równy kamieniarzom romańszczyzny francuskiej; gdy Pruszkowski w Warszawie, inicjator i duch przewodni Bractwa św. Łukasza, z tego samego materjału uczniowskiego, jakim rozporządzają profesorowie Akademji, w przeciągu paru lat jest zdolen wydobyć z większości swej drobnej gromadki prawie całe grono szczerych artystów, to jasnem się wyda każdemu troszczącemu się obywatelowi, że ta szkodliwa plotka o „talencie" jest trwałą przeszkodą do odrodzenia, a właściwie do narodzin — po raz pierwszy w historji — sztuki polskiej.
Jeżeli porównamy te kolosalne sumy płynące na utrzymanie akademickiego systemu i ilość ludzi zmarnotrawionych, z maleńkim kosztem byłej szkółki Stryjeńskiego w Zakopanem i Pruszkowskiego odrębnie prowadzonego kursu w warszawskiej Szkole Sztuk P., i ilością uczniów o rozwiniętej twórczości, to już mimo zaślepienia tradycją ujrzymy śmieszność i wprost kryminalne, choć nieświadome, marnotrawstwo społecznych bogactw w kapitale i narodowych w talencie. Do akademji i szkół sztuk pięknych przyjmuje się uczniów na tyle już ujawniających swoje talenty, że ci mogą przejść trudny techniczny egzamin. Z pomiędzy nich wybierają profesorowie tylko tych, co najlepiej umieją skopjować modela na papier lub glinę, gdyż ta zdolność w opinji profesorów ma stanowić „niezbity" symptom talentu. Stryjeński, hindusi dzisiejsi i dawniejsi, jak i majstrowie średniowiecza, przyjmowali bez egzaminów. Chłopacy, zawsze bardzo młodzi, pierwej popychadłami byli, potem artystami z musu zewnętrznego, a na końcu wewnętrznego. Starali się być talentami i zostawali nimi, gdyż majster tak kazał. Każdy bez wyjątku w tym systemie wychowany pozostaje rzeźbiarzem, boć i rzeźba i malarstwo to jeszcze nie sztuka, lecz rzemiosło. Sztuka dopiero jest tem, czem i jak oni je uświęcą. Rzemiosło jest to zaledwie instrument, sztuką jest melodja.
Otóż nasi profesorowie są gromadą takich-to właśnie „talentów", produktów akademickiego wylęgacza, byłych uczni, a obecnych odtwórców natury, kłamliwych lub rzetelnych. Strąceni z Pegaza nieświadomą złośliwością poprzedzających ich profesorów, którzy służyli szkodliwemu systemowi i z niego żyjących, pełzają na poziomie objektywności nietwórczej, dzwoniąc pustką, ale pustką ołowianego dzwonu. Nie są oni zdolni swym uczniom nawet wiedzy zawodowej przekazać, a jedyną korzyścią z akademiciego systemu jest ta, że olbrzymia ich ilość i pokrewna im kasta, poza akademją, ludzi nietwórczych, szkodliwych przez swój brak talentu pedagogicznego, znajduje wielkopańskie i niezasłużenie zaszczytne utrzymanie. Kpią oni z dorobku twórczego Zofji Stryjeńskiej i przepięknych rzeźb tworzonych przez chłopców w szkole Karola Stryjeńskiego. Silą się, swą wykrętną adwokaturą ośmieszyć fenomenalny wprost dorobek pedagogiczny Pruszkowskiego. Silą się ci wykrętni adwokaci i oportuniści, by podciąć zasługę jego chłopców, rzucając nibyto insynuację, że twórczość ich jest tylko naśladownictwem takiego czy innego stylu wielkiej sztuki. Niechajże pokaże nam któryś z nich choć jednego z największych twórców, któryby kogoś w czemś nie przypominał, majstra swego lub też stylu, który mu jest najbliższy. Dlaczegóż to oni widzą zło i rzucają kamieniem w młodzieńca, co od wielkich majstrów czerpie swe pierwsze pobudki, a chwaliliby go, gdyby, zarażony, roznosił w swej nieudolności patologiczną impotencję Cézanne’a. Każdy po swych przodkach dziedziczy pokrewności rysów, a dopiero osobistem życiem może je swą indywidualnością uszlachetnić lub obniżyć. Demokratyzm spłodził paradoksalnie u ilościowych ludzi ambicję do udowodnienia swego rzekomego samorodztwa. Kto pokrewieństwa z ojcami nie udowodni pracą swego życia, ten jest mieszańcem i bastardstwem tem kulturze naszej rasowości nie przysporzy. Krakowska Akademia sztuk pięknych jako instytucja pedagogiczna upadła tak nisko, że z żywego wina talentu wytwarza ocet siedmiu złodziei. Rozmawiałem z paroma profesorami o sztuce i rzeczach ogólnych; nie mogę się powstrzymać od konkluzji, że są to ludzie o tak małej kulturze, iż dziwi się człowiek, jak można takim jednostkom pozostawiać młodzież, której celem nie jest technika praktyczności lub nauczalna wiedza — lecz twórczość.
Ta parodja, to nierozsądne oddawanie uczelni, której celem winno być rozwinięcie ducha przez rozwijanie kultury uczuć i odczuć, pobudzanie u swych wychowanków głodu i rwania się do wysilnej ofiarności dla przyszłości narodu, a przede wszystkiem (poza zawodową praktyką) poruszenie i pieczołowite wychuchanie w nich jak największej ilości cech osobistych a właściwych ich talentowi to oddawanie ludziom tak tragicznie prozaicznym, jak obecni profesorowie krakowskiej akademji jest możliwem tylko tam, gdzie czynniki decydujące są również nieodpowiedzialne. Ich nibyto kulturalne kierownictwo tą instytucją, jest podobne do nakręcania subtelnego mechanizmu zegarka kieratem — lub sytuacji, gdy cudownie zawiły instrument naukowy, znaleziony przez prymitywnych tubylców wysepki, użyty zostaje przez nich do tłuczenia orzechów: To nie jest uliczna katarynka, gdzie starczy człowiekowi umiejącemu otwierać rękę, by zamknął ją tylko na rączce korby i kręcąc nią wydobywał muzykę, dla ulicy. Nie jest to bank lub prowadzenie budowli, tutaj winniśmy mieć instytucję o tak subtelnym celu, że mechanika jej systemu musi być w rękach nie byle przeciętnego człowieka (choć może bardzo sprytnego w sprawach prozaicznej ekonomji), lecz odważnie myślącego filozofa o pedagogicznych zdolnościach. Tutaj mają się wychowywać przyśli kapłani swych własnych wierzeń, tworzący imię, twarz i ducha narodu, by potem kulturą swą stawiać fortece polskie w sercach sąsiadów. A jakżeż te wierzenia wykiełkować mogą, gdy najdrobniejszy odruch indywidualnych porywów jest brutalnie tępiony przez zazdrosnych profesorów, nietwórczych techników, którzy nie znoszą opozycji u swoich uczniów, biorąc ją za votum nieufności dla uzurpatorskiego przodownictwa.
Jeżeli chcecie coś dla polskiej sztuki uczynić i macie tę sprawę tak bardzo na sercu, że gotowiście nawet przykrość wyrządzić kilkudziesięciu przeciętnym jednostkom pieszczącym zaszczytne tytuły profesorów, to pod żadnym względem nie zwracajcie się do nich o radę. Doradzą wam najwyżej to, co przysporzy im więcej pomieszczeń dla większej ilości ofiar, by oddać je Molochowi na pożarcie i na szkodę społeczeństwu. Profesorowie ci są zainteresowani utrzymaniem korzystnego dla nich systemu i tak jak szamani i „djabeł djabeł", doktorzy Zulusów, urągający najazdowi medycyny naukowej, tak i oni będą bronili dostępu do młodzieży nowej pedagogji, opartej na sympatji ku młodym, filozofji i psychologji. Pruszkowski i Stryjeński są nietylko wielkimi pedagogami na Polskę, lecz największymi, jakich gdziekolwiek można znaleźć w świecie europejskim z Ameryką i Japonją. Wiem, co mówię, gdyż jest to sprawa mi bardzo bliska i znajoma, wiem, co w Wiedniu robiono i robią, w Holandji, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Amerykanie sprowadzają sobie z całego znanego świata wszystkie metody uczenia i wszystkich tych, co coś nowego mogą proponować, lecz mimo miljonowych wydatków i młodzieńczego entuzjazmu ich społeczeństwa, nic więcej im się nie udało zdobyć od obecnej Europy, by pogłębić sztukę i ją u siebie uswoić. Gdyby oni wiedzieli o tych dwóch naszych pedagogach, w Polsce pracujących z całym wysiłkiem, mimo szkodliwości broniącego się szczepu profesorów i tysiącznej zgrai zmarnowanych talentów, toby ich na wagę złota, jak św. Wojciecha, wykupili od nas, niewyrobionych społecznie, wiecznych naśladowców cudzego dorobku i wad.
Powinniśmy jak najprędzej dążyć do wytworzenia lokalno-polskiej szkoły malarsko-rzeźbiarskiej, a z nią automatycznie naradzi się sztuka polska. Niechaj niebywała owocność Szkoły Sz. Pięk. w Warszawie, która wyzbywa się niszczycielskiego systemu akademickiego, będzie wskaźnią odrodzicielskiej wartości zwrócenia się do metody twórcownianej. Kurz i próchno Krakowskiej Akad. Sz. P. karbolem przesycić, by z pozostałości zarazki nie były rozniesione na nowo. Jest to poprostu niemożliwem, by wielka ilość uczni mogła wpływać korzystnie na rozwój instytucji ducha, i poziomu jej kultury zainteresowań. W mniejszej ilości, jak w pracowniach pod przodownictwem majstra; ludzie się poznają bliżej, zżywają, odkrywają i pielęgnują pragnienia, a ze swoim wychowawcą pogłębiają serdeczny stosunek. W Japonji uczniowie nawet przyjmowali nazwisko swego mistrza, by dać wyraz swej synowskiej miłości. Proponuję założenie szkoły-pracowni w Krakowie zamiast dawnej szkodliwej akademji i sprowadzenie tam Pruszkowskiego, Stryjeńskiego i Jastrzębowskiego [ 2 ], by żyjąc w sympatycznych i beztroskich warunkach dali początek nowego i tylko w Polsce praktykowanego systemu przez twórcownię. Za oszczędzone pieniądze, uzyskane przez zniesienie krakowskiego wylęgacza, można polskiej sztuce przysporzyć wielkich artystów przez popieranie chłopców pracujących tak pięknie w tej twórcowni, kupując tanio a często.
Tylko, przypominam, o zdanie w tej kwestji nie zwracajmy się do profesorów akademji, gdyż ich to dotyczy i będą w głośnem oburzeniu protestowali. Kogóż oszczędzać mamy? Młodzież i przyszłość naszej kultury artystycznej, czy, przez zamykanie mi ust, kastę profesorów? Muszę wyjaśnić wam, że jestem jeszcze dość młody, zanim to inni wam wyjawią, używając tej informacji by dowieść, że dlatego właśnie niemam racji. Ja zaś spieszę się z tem zawiadomieniem, aby użyć mego wieku właśnie za argument że mam rację. Wszelka wartość, wielkość i sława wszelkiego talentu jest urodzoną w danym człowieku właśnie kiedy on był młodym. Później, gdy go świat poznał jako „sławnego starca", on zbiera tylko laury, posłuch, doznaje ułatwienia przy wszelkiej pracy, ale już przed śmiercią, gdy mu już talentu nie staje, a życie się kończy. Każdy wielki człowiek jest tylko spadkobiercą siebie samego, gdy talentem zrodzonym w swej młodości tworzył i mądrością tryskał. Mylicie się, gdy myślicie, że laury i posłuch dane „sławnemu" pracownikowi są uznaniem jego zasługi. Jest to inny człowiek. Ten tylko dotrzymuje danej sobie samemu obietnicy w młodości, że będzie ściśle wypełniał przykazania przez siebie żądane, w czystości sentymentów. Kto wychował tego starca sławnego? Kto mu dał zasady, zapał, chęć poświęcenia, umiejętność do znoszenia szykan bez końca? Jego młodość! Ten młodzieniec, co będąc na rozbieżnych drogach, jak Odyseusz, kuszony zdradnem śpiewaniem, taniej sławy umiał się chronić, kierować, radzić sam sobie. Boć kto jest więcej samotnym na świecie od młodego człowieka z talentem? Czy nie w młodości kładł on sobie samemu fundamenty dla całego życia i jego użyteczności? Czyż „wielkość, wartość, sława, talent" i t. d. nie są zaledwie echem jego wartości, dochodzącej do ucha głuchoniemych mas społeczeństwa? Doskonałość człowieka leży właśnie w jego młodości, wtedy gdy jemu szkodzimy; zniechęcamy odradzając, kpimy. Gdy się on staje „wielkim" to nie dlatego żeby, po wielu latach niekorzystnych warunków rozwoju, się „poprawił", lecz że my się zmieniamy w naszej wiedzy o nim i dowiadujemy się o nim przez spóźniony rozgłos.
Honorujmy wartość, jeszcze niepopularnie znaną, w młodych. Wyjmujcie sobie wosk ze skurczonych uszu starczych a serce rozwińcie z onóczek zmurszałej tradycji, aby do was prędzej doszedł skryty jęk wołania tych, co niosąc młodzieńcze serce w waszej służbie, a nie mogących się do waszych drzwi śpiących, dopukać — abyście usłyszeli. Patrzejcie co Ameryka czyni. Tam coraz to mniej starców jest w urzędzie, dyrekcjach wielkich organizacji i uczelni, a coraz to częściej młodzi są dopuszczani. Nie jest to przypadkiem, że Parket Gilbert lub Owen Young (dopilnujący wypełnienia planu Dawesa) i Welington Koo (Chiny) byli lub są w tak ważnych pozycjach a tak młodzi. W Japonji coraz to rzadziej się zauważa starszych ludzi na decydujących urzędach politycznych lub naukowych.
Podsłuchiwanie bicia serc młodych talentów jest naszym najświętszym obowiązkiem, gdyż przyszłość ich dotyczy a oni jej. Niechaj starzy zabierają głos o przeszłości. Przeciętny człowiek zmienia swe poglądy w życiu, gdyż mądrzeje przez wiek i doświadczenie. Gdybym dla niego uprosił drugie sto lat życia by zadość uczynić swej złośliwości; to nie przekonałby się nawet i wtedy że w ogóle nigdy mądrości do głowy, jako myszy w pułapkę, nie schwyta. Na to, by się przekonał, że mądrym nigdy nie był, a przedewszystkiem w młodości, musiałby on żyć co najmniej 300 lat, by może wtedy tylko, po kilkakrotnym powrocie przez koła doświadczeń i zmiany poglądów mógłby się o tem przekonać że żył, w mylnem mniemaniu. I właśnie, radzę mnie wysłuchać, bo młodym jestem i poglądów z braku potrzeby, nie zmieniam. Trwam w swych przekonaniach nawet podczas snu i doskonalej myślę to co myślę i w co wierzę, niżeli ci co mądrzeją przez doświadczenie i przez ciągłe zmienianie poglądów każdorazowo niedoskonałych. Jak rzemieślnik wiernie uszlachetniający swój zawód jest doskonalszym od tego co urodziwszy się, przez cały swój żywot, błąka się bez celu i treści, a nigdy się nie dowie co by mógł chcieć, tak nasza poglądowość jest również takiem rzemiosłem. Ponieważ jestem młody więc przeczytajcie z sympatją to co piszę, jeszcze raz. * © Archives Szukalski. Za użyczenie materiałów redakcja dziękuje Antoniemu Feldonowi. Footnotes: [ 1 ] Karol Stryjeński (1887-1932), architekt i urbanista. Studiował na politechnice w Zurychu. Był współtwórcą Warsztatów Krakowskich, stowarzyszenia zmierzającego do stworzenia podstaw rozwoju sztuki użytkowej i rzemiosła artystycznego. Od 1922 r. był dyrektorem Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, od 1927 r. profesorem na krakowskiej ASP. W 1932 r. został dyrektorem Instytutu Propagandy Sztuki w Warszawie. Zaprojektował m.in. pawilon polski na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu w 1925 r., gmach Instytutu Propagandy Sztuki w Warszawie, skocznię narciarską Wielką Krokiew w Zakopanem, mauzoleum Kasprowicza na Harendzie w Zakopanem oraz nieistniejące już w tej postaci schroniska tatrzańskie na Hali Gąsienicowej i w Dolinie pięciu Stawów. Karol Stryjeński był także autorem projektu odbudowy i rozbudowy kościoła św. Jana Chrzciciela w Radłowie
- przy. red. [ 2 ] Wojciech Jastrzębowski (1884-1963) -
malarz, grafik, projektant wnętrz i przedmiotów użytkowych. Uczył się w latach 1903-1904 w warszawskiej Szkole Rysunkowej u J. Kałuzika a następnie w krakowskiej ASP w klasie u J. Mehoffera. Był jednym z założycieli Związku ARMR (Architektura, Rzeźba, Malarstwo, Rzemiosło), Warsztatów Krakowskich oraz Spółdzielni Ład. | |
Original.. (http://therationalist.eu.org/kk.php/s,4211) (Last change: 01-07-2005) |